Świątynia szczurów Shri Karni Mata Temple w Deshnoke

Drugi tydzień w Indiach

Wydaje się, że póki, co, trójkąt bermudzki już za nami. Czyli Delhi, Agra i Jaipur. Mówię, póki, co, bo podobno w Varanasi też jest pogrom turystów… Ale wszyscy mówią, że sami zobaczycie, więc na wszelki wypadek nastawiamy się na najgorszych naciągaczy i natrętów. Ale na razie, mieliśmy ostatnio miłą zmianę.

Bikaner i kierowcy rikszy

Przyjechaliśmy do Bikaner miejskim autobusem z Pushkar. Oczywiście w podskokach i ścisku. Zawsze to ciekawe doświadczenie:) Na dworcu dopadło nas kilku kierowców rikszy. Ale nie wszyscy na raz. Oni mają pewną „super” taktykę, podchodzi pierwszy pytając czy potrzebujemy tuk-tuka (rikszę), mówimy, że nie, pan się zbytnio nie zniechęca próbując nawiązać z nami konwersację. Na próżno. Po 6,5 godziny skaczącego autobusu, głodni, spragnieni i zmęczeni, nie mamy ochoty na żadną rozmowę. Pan po chwili poddaje się i odchodzi. Podjeżdża wtedy jego kolega zadając to samo pytanie, czy chcemy rikszę? Patrzymy na nich z politowaniem, zastanawiając się, czy oni sobie żartują czy są poważni? Odpowiadamy drugiemu panu, że nie, nie chcemy rikszy. Pan staje więc z boku patrząc jak Filou sobie składa koszulkę i wkłada ją do plecaka. Podjeżdża 3 riksza zadając to samo pytanie. Zachowujemy jeszcze zimną krew. Znowu odpowiadamy, że nie chcemy. Podjeżdża wtedy kolejna riksza i potem jeszcze inna. Wszyscy panowie próbują swoich wdzięków osobistych. Może w końcu się skusimy na któregoś? Może w końcu któryś przypadnie nam do gustu? Uff, wydaje się, że się ich pozbyliśmy. Kierujemy się więc w stronę wyjścia z dworca autobusowego, a tu nagle podjeżdża nasza pierwsza riksza!!! O niee, pan wcale się nie poddał!!! Wraca, jak natrętny komar w nocy, kiedy chcesz spać i się już cieszysz, że sobie poleciał gdzieś indziej, zamykasz wreszcie oczy, oddychasz spokojnie… i bzzzzz bzzzz bzzzz POWRÓT!!!! Chcecie rikszę????

Już się nie kontrolując, nie dowierzając, mając wrażenie, że mam do czynienia z niepełnosprawnym umysłowo, ściągam powoli okulary, żeby było widać moje oczy, wbijam w pana wzrok najbardziej wrogi, jaki potrafię, patrzę się tak przez chwilę, czekam, aż napięcie wzrośnie i odpowiadam: „NIE!!! ” JUŻ PO RAZ DZIESIĄTY MÓWIMY NIE!!! DO YOU UNDERSTAND??? Którego słowa pan nie zrozumiał?!! Nie, nie i jeszcze raz nie!!!

Hurra, podziałało, pan powiedział: „ok” i odjechał. Ah, tyle utraty energii, żeby odmówić taksówce….

Miłym zaskoczeniem w Bikaner było to, że na takich rikszarzy trafiliśmy tylko raz, co było dla nas cudowną zmianą. W „trójkącie bermudzkim” była to norma.

A tutaj, w dodatku ceny za wszystko były dużo niższe niż w innych miastach. Na przykład, litr wody kosztował 15 rupii a nie 20 i nawet Coca-Colę udało nam się kupić w restauracji za 15 rupii zamiast 20 albo 30! No tak, miasto nie tak turystyczne, więc ludzie i ceny dają trochę odpocząć.

Zwiedzanie Bikaner i okolic

W Bikaner spaliśmy u takiej Francuzki, która prowadzi stowarzyszenie A.F.E.V. pomaga dzieciom, turystom, ale również organizuje wycieczki i prowadzi coś w stylu hotelu-restauracji domowej. Natasza, tak się nazywa przewodnicząca stowarzyszenia, posiada pokoje za 100 rupii za osobę z łazienką na zewnątrz i za 160 rupii za osobę z łazienką w pokoju. Pokoje są w spartańskim stylu, łóżka to obozowe kanadyjki a i łazienka też jest nieco oryginalna. Ale za tą cenę, nie ma, co narzekać. U Nataszy można zjeść dobre posiłki, ale są droższe niż w mieście, ale przynajmniej jest się nasyconym. A i co najważniejsze, można zrobić pranie za 100 rupii. 100 Rupii za jedną pralkę a nie jak w hotelach 25 rupii za każdą rzecz. Nie można za to włożyć zbyt dużo rzeczy (około 10, my włożyliśmy 13 wliczając bieliznę) podobno pralki są bardzo małe i piorą w zimnej wodzie, w każdym razie nasze ogromnie brudne spodnie były czyściutkie.

Natasza poleciła nam ciekawe miejsca w okolicy i opowiedziała trochę o życiu w Indiach, bo sama mieszka już tu 13 lat. Przewodnicząca stowarzyszenia mówi, nikomu nie ufajcie w Indiach, nikomu. A Pani? Pyta Filou, mi też nie. Super kraj, myślimy sobie ironicznie. Natasza ostrzegała nas przed wszystkim i wszystkimi. Pewnie po części miała rację, ale wydaje mi się, że nie można aż tak wyolbrzymiać, bo trzeba by było po prostu już nie wychodzić z domu/hotelu i z nikim nie rozmawiać. Mi się wydaję, że trzeba brać ludzi trochę na wyczucie. Póki, co, dobrze sobie z tym radzimy. Robimy masową selekcję.

Junagarh Fort – Bikaner - Indie
Junagarh Fort – Bikaner

W Bikaner zwiedzamy Junagarh Fort za 300 rupii, przewodnik jest wliczony w cenę, więc nie należy brać żadnego przewodnika przed wejściem do fortu. Najlepiej zapytać przy kasie. Podobno dotyczy to większości fortów, czego niestety nie wiedzieliśmy i zwiedzaliśmy zawsze bez przewodnika. Zobaczyliśmy stare miasto, które jest dosyć ładne i potem zwiedzaliśmy okolice.

Świątynia szczurów „Shri Karni Mata Temple” w Deshnoke

Nigdy w życiu tam nie wejdę, zapomnij, nawet mi o tym nie mów, mówiłam przed wyjazdem do Indii. Uwielbiam chomiki, białe myszki toleruję, ale już szarych i szczurów to nie lubię, boję się, brzydzę. Widząc je w Paryżu podskakiwałam!

Świątynia szczurów Shri Karni Mata Temple w Deshnoke
Świątynia szczurów Shri Karni Mata Temple w Deshnoke

Świątynia szczurów? Hmm, ok, pojedźmy. Co mi się stało? W Indiach nawet przejdę koło krowy i byka. Zwierzęta są tu bardziej cywilizowane, pewnie dlatego, że nikt ich tu nie jada, więc cię nie atakują. Nie mają po co. Wręcz przeciwnie, ludzie je karmią. „Pierwszy chapati dla krowy, a drugi dla psa”. Codziennie ludzie dają chapati (taki ich chleb, przypominający kształtem i formą naleśnik zrobiony z jakiejś specjalnej mąki) zwierzętom.

Świątynia szczurów Shri Karni Mata Temple w Deshnoke
Świątynia szczurów Shri Karni Mata Temple w Deshnoke

Pojechaliśmy, zatem miejskim autobusem (panie płacą 21 rupii, a panowie 29, tak, często dla kobiet są zniżki w autobusach) do Deshnoke, oddalonym o około 30 km na południe od Bikaner.

Wejście do świątyni jest bezpłatne, płaci się za aparat 30 rupii. Przed wejściem, jak do każdej świątyni, trzeba zdjąć buty i zostawić w przechowalni obuwia (darmowe). W środku wita nas mnóstwo szczurów, ale o dziwo nie są obleśne :) przede wszystkim są nieduże i błyszczące, przypominają bardziej myszy.

Mają kilka sal, w których mogą się napić i jeść z olbrzymich mis postawionych na podłodze.

Świątynia szczurów Shri Karni Mata Temple w Deshnoke
Świątynia szczurów Shri Karni Mata Temple w Deshnoke

Ludzie dodatkowo je karmią, przynosząc im całe reklamówki jedzenia. Świątynia nie jest duża, ale dosyć ładna i warta obejrzenia ze względu na szczury.

W Dashnoke, można zobaczyć też inną świątynię, która jest oddalona o jakieś 1,5 km od głównej drogi (Bikaner-Jaipur).

Żeby tam pójść trzeba iść w przeciwną stronę niż świątynia szczurów po wyjściu z autobusu. Idzie się tam spokojną drogą prowadzącą przez pustynię i co najważniejsze, mamy marne szanse na spotkanie innych turystów. Przyjemny spacerek.

Rowerem na farmę wielbłądów

Natasza mówi, że 7 km od Bikaner znajduje się farma wielbłądów (camel farm), i że jeżeli chcemy to możemy wziąć od niej rowery. Cudowna propozycja!!! Nie dość, że możemy zobaczyć wielbłądy to jeszcze przejechać się rowerem przez pustynny krajobraz. Po przyjeździe z miasteczka Kolayat oddalonym o około 50 km od Bikaner, w którym znajduje się jedno z świętych jezior, bierzemy indyjskie rowery i kierujemy się na farmę. Jadę lewą stroną za Filou, starając się za nim nadążyć. Kurczę rondo, objeżdżam je z prawej strony, po czym zatrzymuję się na środku i patrzę, że auta i motory jadą z lewej strony. Nie wiedząc za bardzo jak mam się zachować na rondzie albo skrzyżowaniu, oglądam się w prawo, lewo, przed siebie i za siebie i jak już nic nie jedzie, przejeżdżam. Tak, tutaj panuje ruch lewostronny, ale pojazdów możemy się spodziewać z każdej strony, jeżeli trąbisz to masz prawo do wszystkiego. Tyle, że rower nie ma klaksonu :(

indyjski rower - Bikaner - Indie
Marzena na indyjskim rowerze
Marzena na indyjskim rowerze

Przejażdżka jest naprawdę przyjemna, ciekawe widoki i przede wszystkim spokojnie. W mieście trzeba jechać tak jak hindusi, tyle, że my poza uważaniem na prawo, lewo, przed siebie i za siebie, na krowy, skutery, rowery, samochody, riksze i pieszych, musimy odpowiadać „Hello” i na ewentualne pytania skąd jesteśmy, wszystkim przejeżdżającym koło nas i patrzących na nas i na nasze indyjskie rowery z wrażeniem.

Camel Farm niedaleko Bikaner - Indie
Camel Farm niedaleko Bikaner

Farma jest ciekawa, ale niezbyt duża. Płaci się za wejście 100 rupii (uważam, że to jest zbyt dużo w porównaniu z jakością i ilością zwiedzania). Jeżeli chce się wziąć przewodnika, który opowie o wielbłądach trzeba zapłacić kolejne 100 rupii, za robienie zdjęć powinno się płacić 50 rupii i jeżeli chce się spróbować mleka z wielbłąda to 30. To chyba była najtańsza opcja. My płaciliśmy tylko za wstęp. Aparat schowałam do plecaka, a potem jak się oddaliliśmy od bramy wejściowej to porobiłam kilka zdjęć. No i widziałam małego wielbłąda 😀

Nocny pociąg po raz pierwszy

Jak jechać do Jaisalmer? Nocnym pociągiem czy rannym autobusem? Nalegam na pociąg, bo zaoszczędzimy na hotelu i czasie, dojedziemy o 5 rano i trzeba będzie pewnie czekać do 9:00 no, ale trudno.

Pytamy się o bilety w kasie na dworcu w Bikaner. Chcemy kuszetki, żeby móc spać, pan mówi, że nie ma, no to, chociaż rezerwacja miejsca siedzącego? Też nie ma. To, co jest? Unreserved class za 120 rupii za osobę. Wyjazd o 22:55 i przyjazd o 5:00. Trudno, skoro nie ma, to nie ma. Bierzemy bilet bez rezerwacji miejsc.

Natasza mówi, że pociąg zaczyna bieg w Bikaner i radzi, żeby iść godzinę wcześniej, żeby zająć sobie jakieś miejsca. Wychodzimy więc od niej o 21:30. Idziemy z plecakami na dworzec. Na ulicach już dosyć pusto, ci, co nas mijają przyglądają się z ciekawością. Na dworcu szukamy odpowiedniego pociągu, jak zwykle to nie takie łatwe. Na szczęście na bilecie jest numer pociągu. Dzięki temu udaje nam się odnaleźć pociąg. Wsiadamy i widzimy, że jest dosyć dużo wolnych miejsc. Jakiś pan leży na całej długości miękkiej ławeczki. I tak prawie w każdym przedziale. Jacyś ludzie są rozłożeni powyżej ławek, tam gdzie można umieścić bagaże, ale nie tak wysokich półek jak w normalnym pociągu. Zastanawiam się, czemu nie kładą się na miękkich ławkach pod spodem?

Znajdujemy wolne miejsca, ja się kładę na przeciwko śpiącego pana, zajmując cała wolną ławeczkę, a Filou kładzie się na miejscu bagaży na metalowej półce. Bedzie twardo, ale przynajmniej jest się na leżąco.

Czytam sobie przewodnik z rozciągniętymi nogami na całej długości siedzeń, szczęśliwa, że będę mogła dosyć dobrze spać. Niestety moje szczęście i pana z naprzeciwka trwa jedynie dwie stacje, czyli z jakieś 15 minut. Na drugiej stacji wpada dwunastoosobowa rodzina robiąc mnóstwo hałasu, wpadają, posuwają mnie do mojego plecaka, klepią pana z naprzeciwka, żeby się obudził, pan, ucieka na półkę z bagażami. A rodzina zasiada na siedzeniach razem ze mną. Mam z jakieś 30 cm przestrzeni. W każdym razie nie mogę się poruszyć nie mówiąc już o spaniu. Cholera niech to weźmie, już wiem, dlaczego para z przedziału obok od razu leżała na półkach z bagażami. Przynajmniej nikt ich tam nie ruszy. Siedząc tak w ścisku, patrzyłam z zazdrością na zajętą półkę bagażową.

Postanowiłam czytać trochę przewodnik skoro i tak nie będę mogła spać, ale roczny chłopczyk, który siedział mamie na kolanach zaraz obok mnie, wpatrywał się we mnie bez mrugnięcia oka. Czułam się troszkę niezręcznie mimo tego, że nie pierwszy raz w Indiach ktoś się we mnie wpatruje bez mrugnięcia oka. Tak jak, na przykład pewien chłopiec w autobusie, może dwudziestoletni, który, przez co najmniej 2 godziny siedział obrócony z głową do tyłu i się na mnie obserwował. Jak na niego patrzyłam, to aż mnie bolał za niego kark?

autobus Indie
Chłopiec patrzący się na mnie w autobusie bez mrugnięcia oka :p

Uśmiechnęłam się do chłopczyka, zapytałam rodziców jak ma na imię, ale nawet nie byłam w stanie wymówić imienia. Chłopiec chwycił mnie za palec i tak go sobie trzymał przez pewną część drogi nie chcąc puścić. Jak już w końcu znudził mu się mój palec, to pokazywał mi różne kolory w przewodniku. Bawiliśmy się tak może z godzinę. Aż w końcu udało mu się zasnąć, ale nie tak od razu, bo jeszcze najpierw szalał po całym pociągu.

Na jednej ze stacji, pan z naprzeciwka opuścił pociąg robiąc tym samym miejsce na półce bagażowej, niestety dziewczynki z mojej przedziałowej rodziny, były szybkie jak antylopy i wskoczyły na półkę, zanim do mnie dotarło, że się zwalnia. Zostałam więc nadal w ścisku.

Nie wiem, która była godzina, jak chłopczyk zasnął na mamy ramionach, kładąc główkę na moich kolanach. Byłoby wszystko w porządku gdyby nie to, że jego mama opierała sobie łokcie na moich biodrach, udach lub wciskała je w mój bok. Nie chcąc obudzić maleństwa, ale jednocześnie nie mogąc i nie chcąc wytrzymywać jej wciskających się we mnie łokci, zaczęłam się, co chwilę ruszać. Pani coś pomarudziła i poszła położyć się na podłogę, hurra, wygrałam, zostałam na siedzeniach jedynie ze śpiącym chłopczykiem (wcześniej cała rodzina trochę się porozchodziła po wagonie szukając lepszych miejsc do spania).

O 3 nad ranem, obudził mnie straszny hałas. To moja dwunastoosobowa rodzina, która opuszcza pociąg. Czemu oni muszą tak krzyczeć i wszystkim trzaskać?

Filou zszedł z półki i położył się na wolne siedzenia. Mieliśmy aż na 2 godziny wolny przedział.

Jaisalmer

Mówimy Nataszy, że kupiliśmy bilety na pociąg do Jaisalmer i tam może pojedziemy na wielbłądy. To był błąd, trzeba było się nic nie odzywać, chyba przez 2 godziny słuchaliśmy, że w Jaisalmer nie ma, co robić że to strata czasu, że na wielbłądy zabierają dwudziestoosobowe grupy, jak nie więcej, gdzie ludzie siedzą po 2 na jednym wielbłądzie, że widzi się turystów na każdym kroku, że absolutnie nie będzie się samym na pustyni, a za każdą butelkę wody trzeba będzie dopłacić 70 rupii, że lepiej jechać na wielbłądy od niej, może trochę drożej, ale wszystko wliczone. Postanowiliśmy jednak przekonać się sami i mimo wszystko pojechać do Jaisalmer, w końcu w przewodnikach ma aż 3 gwiazdki.

Do Jaisalmer oddalonym o około 100 km od granicy z Pakistanem, przyjechaliśmy o 5:00 rano. Spodziewałam się olbrzymiej stacji kolejowej, myślałam, że to jakaś wielka metropolia, a tu malutka, nawet maluteńka stacja, na której wysiadło niewielu ludzi.

Mówię do Filou, żeby spojrzał na mapę zanim wyjdziemy z dworca, bo przy wyjściu pewnie nas dopadnie 1000 rikszo-taksówkarzy.

Po sprawdzeniu mapy, wychodzimy już nastawieni psychicznie na ataki kierowców, trafiamy na pierwszego kierowcę rikszy, który pyta czy potrzebujemy rikszę, mówimy, że nie, a pan już nas więcej nie pyta. Puszczają nas spokojnie? Tak po prostu? Opuszczamy dworzec nieufni. Idziemy wydłuż drogi, zatrzymuje się inna riksza, riksza? Nie, dziękujemy. Ok, no problem. Riksza odjeżdża. Co??? W sensie, że oni rozumieją, że czegoś nie chcesz? Nie pytają cię natrętnie? Jedno „Nie” i odjeżdżają? Wow, chyba już lubię to miejsce.

Idziemy tak trochę, wchodzimy w jakieś uliczki, a tu wyłania się przepiękna forteca. Wchodzimy do środka, szukając jednego z polecanych przez przewodnik hoteli i jestem pod wrażeniem uroczych wąskich uliczek, w których nie ma miejsca na samochody!!! Cudowne, raj w Indiach. Na ulicy tylko krowy, skutery i piesi.

Jaisamer fort - Indie
Jaisamer fort

Znajdujemy nasz hotel Ganesh Guesthouse, jakiś pan stoi w drzwiach, pytamy, czy mają wolne miejsca. Pan mówi, że tak, ale za 400 rupii za pokój, wiemy, że to dużo na Jaisalmer, ale bierzemy. Pan daje nam pokój od razu, mówi, że ciepła woda będzie od 8:00, ale że już możemy się położyć spać a check-in zrobimy jak wstaniemy. Cuuuudddooownie :) żadnego czekania do 9:00 porostu możemy iść spać :)

Po śnie i cudownym prysznicu wychodzimy zobaczyć miasteczko. Nie mogę się nadziwić jego pięknem, domy rzeźbione w jakimś piaskowym kamieniu, zresztą fort nazywają złotym fortem właśnie ze względu na kolor zabudowania. Małe uliczki, dużo spokojniej niż w innych miejscach, w których wcześniej byliśmy. Ale za to bardzo gorąco, bo z jakieś 33oC, no w końcu to miasto na pustyni.

Świątynie Jain - Jaisalmer - Indie
Świątynie Jain – Jaisalmer

Hotel Ganesh proponuje nam jechać na safari razem z nimi, wypytuję o wszystkie szczegóły, czy woda i jedzenie wliczone, ile butelek, czy daleko od miasta, co zrobić z naszymi wielkimi plecakami, ilu osobowa grupa etc. etc. Pan odpowiada na moje pytania i to bardzo pozytywnie, dokładnie wszystko to, czego oczekuję od wycieczki oni oferują i to za niższa cenę niż inne agencje, bo za 725 rupii za osobę za dzień. Pozwalają wziąć prysznic po powrocie nawet, jeśli nie zostaniemy w ich hotelu na noc.

Widok na Jaisalmer - Indie
Widok na Jaisalmer

W dodatku okazuje się, ze są polecani przez Le Routard, francuski przewodnik. Bierzemy, nie ma się, co zastanawiać. Co jak co, Natasza miała rację, nie możemy jej ufać. Kłamała odnośnie Jaisalmer.

Wieczorem idziemy się przejść po mieście i zobaczyć zachód słońca ze wzgórza naprzeciwko fortu. Przechodzimy przez uliczki robiąc zdjęcia miejscowej ludności, która sama się domaga fotografowania. Zaczynamy wchodzić na wzgórze, na którym widać mnóstwo domków przypominających słomiane nietrwale chatki. Ktoś nas zaczepia pytając po angielsku skąd jesteśmy. Filou szybko odpowiedział, że z Francji i ktoś inny zwraca się do nas po francusku mówiąc, że będą grać na różnych instrumentach więc może do nich dołączymy. Mówimy, czemu nie, ale może trochę później, bo idziemy na zachód słońca.

Widok przepiękny na całe miasteczko, fort i pustynię. Jakieś dzieciaczki po raz kolejny nas zaczepiają prosząc o 10 rupii, albo próbując nam sprzedać bransoletkę. Odmawiamy, siedzimy tak trochę z dzieciakami, potem sami, wielu turystów jest w około nas. Niestety, nie tylko my, mieliśmy taki dobry pomysł:)

Schodzimy, Filou głodny, chce iść kupić banany, ja nalegam, żebyśmy, chociaż na chwilę poszli posłuchać jak grają. Ok, idziemy.

Wieczorek muzyczno-kolacyjny u miejscowych

Siadamy na kocach przy jednej z chatek. Wita nas pewien Francuz, który twierdzi, że ma 60 lat, a ja bym mu dała najwyżej 40! I który jest tu u przyjaciela indyjskiego. Jest tu też chłopak ze Stanów. Okazuje się, że indyjski przyjaciel Francuza to muzyk, grający i produkujący rawanatah (pisownia dokładna nieznana, nawet nie wiem, czy istnieje angielska nazwa). Podłużny instrument o 15 strunach, ale gra się tylko na jednym sznurku, który jest obok. Na rawanatah gra się trochę jak na skrzypcach. Jest smyczek i zmiana pozycji palców podobna, aczkolwiek, instrument trzyma się nieco inaczej. Dźwięk, jaki rawanatah wydaje jest naprawdę piękny, trochę jak harmonia, to pewnie przez te 15 strun. Niestety nie pamiętam imienia hinduskiego znajomego, ale było to coś jak Ary. Ary grał przepięknie na rawanatah, wyprostowany patrzył gdzieś w dal, nie zwracając na nikogo i na nic uwagi, tak jakby był gdzieś w swoim muzycznym świecie. Nicolas, amerykański kolega go naśladował, co dawało bardzo ładny efekt. Dali mi nawet spróbować grać, nie za bardzo rozumiem, do czego służy te 15 strun skoro gra się tylko na sznurku, ale wychodzi na to, że sama gra nie jest tak bardzo skomplikowana.

indyjski instrument - Jaisalmer - Indie
Granie na rawanacie z miejscowymi

Ivan, francuski przyjaciel Arego, a raczej rodzina, bo tak o sobie mówili, spotkali się dawno temu i bardzo się zaprzyjaźnili. Arego dzieci nie chodzily wtedy do szkoły, bo dzieci z jego kasty nie chodzą do szkoły i mieszkali w domku, który podczas monsunów się zawalał. Ivan postanowił pomóc rodzinie Arego i zbudowali nowy dom, tym razem trwały i posłał dzieci do szkoły. Ivan został ich ojcem chrzestnym wspomagając rodzinę finansowo i nie tylko. Od wielu lat Ivan przyjeżdża do Arego i spędza z jego rodziną mnóstwo czasu. Naprawdę można powiedzieć, że stanowią rodzinę. A Ary, jego żona i dzieci, to naprawdę wspaniałe osoby.

Po pewnym czasie Szantij, żona Arego przyniosła nam indyjski tradycyjny cay (czarna herbata z mlekiem, imbirem, cukrem i innymi przyprawami).

chapati - Indie
Szantij przygotowywuje chapati

Następnie, kiedy zrobiło się nieco późno, zaprosili nas do środka, gdzie Szantij robiła chapati (indyjski chleb), a Ary kroił warzywa na sałatkę. Nawet mu pomagałam, więc mogę powiedzieć, że gotowałam indyjski obiad. Po chwili, zasiedliśmy do podłogowego stołu i zaczęliśmy jeść bez sztućców. Jedną ręką! Mówi Ivan. O kurczę, ale jak? Prawa, lewej nie używasz. Według hinduskiego wierzenia, lewa ręka uchodzi za brudną, bo podobno lewej się używa w ubikacji i przy myciu, za to prawa uchodzi za czystą i to właśnie prawą należy jeść. Rwać chapati jedną ręka jakoś idzie, ale z ryżem to nie było takie proste. Od razu przypomniałam sobie jak próbowałam jeść po raz pierwszy pałeczkami. Cóż za męczarnia. No cóż, początki nie są łatwe. Po kolacji Szantij zrobiła kolejny indyjski cay a Ary grał na rawanacie.Rodzina-w-Jaisalmer

Ivan opowiedział nam, że kiedy zapytał kiedyś Arego czy się kłóci z Szantij, Ary mu odpowiedział: kiedy jest problem, Szantij robi chapati, wszyscy razem jemy, idziemy potem spać i patrzymy czy na drugi dzień problem nadal jest czy już nie” :) ciekawe podejście.

Po kolacji wracamy do hotelu szczęśliwi miło spędzonym wieczorem. Szantij i Ary zapraszają nas na drugi dzień, ale jedziemy na wielbłądy, ale za to obiecujemy przyjść dwa dni później.

Pustynia Thar na wielbłądzie

Na wielbłądzie -Pustynia Thar
Na wielbłądzie -Pustynia Thar

Na pustynię pojechaliśmy jeepem z agencja Ganesh Travel. W grupie mieliśmy jeszcze czwórkę Francuzów. Pustynia Thar rozciąga się głównie w regionie Rajahstan i w Pakistanie. Jest dosyć płaska i nawet zielona. Można tu spotkać dużo grubo listnych krzewów i pojedyncze drzewa. Krajobraz trochę psują wiatraki produkujące energię. Są prawie wszędzie. Ale poza tym jest ładnie.

Wydmy na Pustynia Thar
Wydmy na Pustynia Thar

W całości, spędziliśmy na wielbłądzie 9 godzin. Jak na pierwszy raz to dużo. Boli mnie teraz tyłek, mięśnie brzucha i nawet plecy. Nie wiedziałam, że jazda na wielbłądzie wymaga takiego wysiłku. Strasznie rzuca, bardziej niż na koniu, bo wielbłąd chodzi w specyficzny sposób, obie lewe nogi, potem prawe, a nie przednie i potem tylnie na zmianę.

Pustynia Thar
Pustynia Thar

Pojechaliśmy na jedną z niewielu wydm. Przepiękne miejsce. Oglądaliśmy tam zachód słońca, spaliśmy pod gołym niebem, a rano wstaliśmy na wschód słońca. Fajna wycieczka.

Trzeba wspomnieć o panach zajmujących się wielbłądami, nie wiem jak ich nazwać? Po francusku chamelier, po angielsku camel driver, więc może jeździec wielbłądzi? ^^ jak ktoś wie, to niech mówi :) Otóż ci panowie, a było ich dwóch, odbierają turystów z jeepa, prowadzą przez pustynię, robią obiad, kolację, śniadanie, szykują spanie, załadowywują wielbłądy i je rozładowywują. Wydaje się, że to nie jest takie trudne, gdyby nie fakt,

Camel driver - Pystyni Thar - Indie
Camel driver na Pystyni Thar

że robią to codziennie w 40 stopniowym upale mając jedynie jeden dzień wolnego w miesiącu gdzie mogą wreszcie opuścić pustynię i pojechać do rodziny. Przez pozostały czas zostają na pustyni i muszą zawsze mieć humor, żeby turyści byli zadowoleni.

Turyści zawsze zostawiają im napiwki, które pozwalają im dobrze zarobić, ale i tak praca jest ciężka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *