Tadź Mahal Taj Mahal - header

Już tydzień w Indiach

13/03/2015

Już tydzień w Indiach. Dobrze jest zacząć zwiedzanie Indii od New Delhi, można powiedzieć, że najgorsze za nami. Chyba nigdzie nie może być już gorzej i to pod każdym względem niż w stolicy. Więc tym samym bardziej się docenia inne miejsca.

W indyjskim pociągu

W New Delhi wsiadamy w pociąg z biletem dla unreserved class (bez rezerwacji miejsc). Nie chce nam się wierzyć, że bilet za jedyne 90 rupii (około 6 zł) jest prawdziwy. W różnych okienkach mówili nam różne ceny, ale nigdy nie tak niskie!!! (Oczywiście musieliśmy się przebić przez mnóstwo koników i naciągaczy). Pewnie nam sprzedali jakiś fałszywy. Okazuje się jednak, że to prawdziwy bilet dla miejscowych, mówię dla miejscowych, bo tu nikt takiego biletu turystom nie proponuje uważając nas pewnie za zbyt wygodnych.

Życie na torach - Indie
Życie na torach

Jesteśmy na dworcu, mnóstwo ludzi, pytamy takich młodych chłopaków gdzie jest nasz wagon, oni zdziwieni, że mamy bilet bez rezerwacji miejsc tak jak oni. Wskazują nam wagon mówiąc, że możemy iść razem, albo dopłacić i iść do lepszej klasy, na co absolutnie się nie godzimy. Po raz pierwszy po dwóch dniach spotykamy miłych, inteligentnych i nie szukających u nas korzyści indyjskich chłopców w dodatku mówiących dobrze po angielsku.

Pociag - Agra - Indie
Pociag do Agry

Pociąg podjeżdża, ludzie wskakują do jeszcze jadącego pociągu, wpychają dzieci i bagaże, no tak, miejsca nie są zarezerwowane. Nikt przecież nie chce stać przez 3,5 godz. Kto pierwszy ten lepszy. Nasi Indyjscy znajomi wskazują nam drzwi, udaje nam się jakoś wejść z wielkimi plecakami i z ulgą spostrzegamy, że pociąg nie jest tak wypchany jak sobie to wyobrażaliśmy. Indyjscy znajomi znajdują wolny przedział i nas do niego zapraszają. Super, mamy gdzie siedzieć i to w miłym towarzystwie :)

Pociąg - Indie
Pociąg bez rezerwacji miejsc

3,5 godziny mijają bardzo szybko, rozmawiamy, zadaję mnóstwo pytań o Indiach, o hinduizmie, o tradycji i kulturze. Potem oglądam przez okno wieś, pola, ludzi grających na torach w karty, krowy jedzące z wyrzuconych śmieci, domy i ludzi coś noszących na głowie. Chłopcy tłumacza, że to slumsy, że to mieszkania biednych.

Agra, Taj Mahal i autobus

Grobowiec Tadź Mahal - Taj Mahal - Indie
Grobowiec Tadź Mahal – Taj Mahal

Dojechaliśmy do Agry, gdzie jest Taj Mahal. Przepiękne miejsce, ładniejsze od pocztówki, co często się nie zdarza. Naprawdę robi wrażenie, oczywiście dla turystów zagranicznych bilet jest bardzo drogi, bo 750 rupii a dla miejscowych 20 rupii, no, przynajmniej swoi nie muszą dużo płacić.

W Agrze zostaliśmy 3 dni, bo Filou załapał pierwsze choróbsko (tak zwane la turista) na szczęście trwało to tylko jeden dzień. W kolejny dzień zwiedziliśmy Fatehpur Sikri (250 rupii za osobę) oddalone od Agry o jakieś 35 km.

Aby tam się udać, bierzemy po raz pierwszy autobus, (Agra – Fatehpur Sikri 40 rupii za osobę). Autobus, niezapomniane przeżycie, sami miejscowi, dwóch turystów i my. Trąbienie, trąbienie i jeszcze raz trąbienie, chyba zaczynamy rozumieć, kiedy się trąbi, tak, bo na wszystko jest zasada.

Autobus do Fatehpur Sikri - Indie
Autobus do Fatehpur Sikri

Trąbi się przy wjeździe na skrzyżowanie, przy wyprzedzaniu, ale też jak się kogoś widzi na drodze, a że wyprzedza się non stop i zawsze ktoś przechodzi przez ulicę, trąbi się w zasadzie cały czas. Udało mi się zasnąć na chwilę, pewnie spałabym dłużej gdyby nie podskok autobusu, który mnie obudził. Tak, kolejna dziura, ale nie taka jak na polskich drogach, jak tu jest dziura to nawet nie wiemy czy autobus nie wyleci w kosmos:) Kurczę, jedziemy jakoś szybko, o co chodzi? To autostrada, mówi Filou. Myślę, że żartuje, ale po chwili widzę bramki, tak, to faktycznie była autostrada.

Jaipur i nasz pierwszy indyjski couchsurfing

Z Agry jedziemy do Jaipur, kupujemy bilety dwa dni wcześniej bezpośrednio na dworcu. Oczywiście absolutnie nie idzie zrozumieć, jaka jest cena. Pan w okienku podaje ceny z kosmosu mówiąc, że nie ma innych, a po 10 minutach wspólnej dyskusji, znajduje się „jakimś cudem” bilet za 120 rupii zamiast 600 rupii. Jak się chce to można? Chyba ceny się zmieniają w zależności od humoru sprzedającego.

Świątynia hinduska - Jaipur - Indie
Świątynia hinduska – Jaipur

Pociąg do Jaipur bardzo wypełniony, tym razem mamy przydzielone miejsca. Jakiś pan daje nam ciasteczka. Na całe szczęście, bo my oczywiście nic nie mieliśmy. Udaje mi się zasnąć nawet z niedomkniętym oknem, z którego bardzo wiało. Na szczęście mam moje zimowe ciuchy:) nawet w Indiach się przydały.

W Jaipur, znalazłam couchsurfera, no, nic, spróbujemy. Może nie wszyscy Indianie są natarczywi, kłamcy i naciągacze. Nie wiem, czy couchsurfing może tu działać, bo w końcu wszyscy chcą tu pieniądze i szukają interesu. Chciałam spotkać kogoś, kto nas ugości u siebie, pokaże miasto i odpowie na moje liczne pytania.

Różowe Miasto - Pink City - Jaipur - Indie
Różowe Miasto – Jaipur

Wychodzimy z opóźnionego pociągu i kierujemy się na miejsce umówionego spotkania. Naszego couchsurfera jeszcze nie ma. Korzystając z faktu, że dwóch turystów z plecakami stoi w jednym miejscu nie poruszając się, wszyscy kierowcy taksówek, tuk-tuków i riksz proponowali swoje usługi. To chyba nie na nasze nerwy, dlaczego oni nie rozumieją słowa „NIE”??? Jak można być tak cholernie natarczywym? Ma się ochotę ich wszystkich powystrzeliwać!!! Na próżno tłumaczenie, że na kogoś czekamy, i że przyjaciel ma samochód. Kierowcy proponują swoje usługi i tak i tak na wszelki wypadek gdyby nasz przyjaciel jednak się nie stawił.

Różowe Miasto - Pink City - Jaipur - Indie
Różowe Miasto – Jaipur

Podjeżdża jakaś taksówka i ktoś mi kiwa głową. Podchodzę i czekam, aż coś powie, żeby wiedzieć czy to nasz couchsurfer czy taksówkarz. On pyta czy Madzia? Yes, it’s me. Ok, to on. Pakujemy się do taksówki. Dlaczego przyjechałeś taksówką? Przecież nie jesteś taksówkarzem z tego, co wiem, mówię, on na to, że nie ma prawa zabierać do prywatnego samochodu turystów, bo w razie wypadku nie dostanie odszkodowania, więc pożyczył od kolegi taksówkę, żeby po nas przyjechać. No ładnie, myślę sobie.

Śniadanio-obiad

Proponuję, że może byśmy coś zjedli, bo my bez śniadania i w podroży od kilku godzin. On na to, że nas zabierze do dobrej i niedrogiej restauracji. My szczęśliwi, że spróbujemy coś w lokalnej knajpie. Wchodzimy do jakiejś przydrożnej restauracji przypominającej stołówkę albo salę weselną, olbrzymią na kilkaset osób. Pan z knajpy prowadzi nas do ostatniej sali, w głębi. Podaje menu i tutaj niemiła niespodzianka. Przebicie cenowe, o co najmniej 70% niż w innych knajpach, w których się stołowaliśmy… Z niesmakiem zamawiamy dania, uważając na ceny. Potrawy bardzo dobre, ale rachunek też… Na rachunku doszukujemy się naszych potraw, po czym nasz couchsurfer mówi, że on już płacił i że rachunek zawiera tylko nasze dania. My przerażeni ceną płacimy i jesteśmy wściekli, że ta jego niedroga knajpa okazała się droższa od hoteli, w których spaliśmy i że zapłaciliśmy, co najmniej 3 razy więcej niż w normalnej restauracji.

Po śniadanio-obiedzie, nasz couchsurfer zawozi nas na Amber Fort. Przepiękne widoki, olbrzymi fort w górach z ciągnącym się po grzbiecie murem, podobno drugim pod względem długości po Murze Chińskim. Idziemy zwiedzać sami, bo kolega już tam był milion razy, więc chce czekać w samochodzie.

Fort Amber - Jaipur - Indie
Fort Amber – Jaipur

Wchodzimy na plac a tu doskakuje nas, co najmniej 10 przewodników lub sprzedawców słonikowych rysunków i natarczywie oferują swoje usługi. Ja, zdenerwowana po śniadaniu i tą ich natarczywością, zaczynam być bardzo niemiła. Mam ich dosyć! Dlaczego nie rozumieją słowa „nie?!!! Udaje się w końcu nam ich pozbyć. Idziemy do kas i proszę 2 bilety dla studentów, pokazując, jako legitymację mój bilet miesięczny ze zdjęciem. Pan się długo przygląda, po czym ze spokojem odpowiada, to jest bilet miesięczny na pociąg a nie legitymacja studencka. Cholera, w Iranie działało, no nic trafiliśmy na bystrego pana :p Kupujemy bilety normalne (200 rupii za osobę).

Jaipur - Indie
Jaipur

Po zwiedzeniu fortyfikacji, proponujemy naszemu couchsurferowi spacer i odwiedzeniu kilku hinduskich świątyń znajdujących się w pobliżu. Nasz couchsurfer nie ma ochoty chodzić, mówi, że zaczeka w taksówce, bo i tak musi wykonać kilka telefonów. Jesteśmy zdziwieni, że chce czekać w aucie w 30 stopniowy upał, ale skoro nie chce to trudno. My idziemy zobaczyć świątynie Kryszny, przepiękny budynek, następnie idziemy obejść fortyfikację z drugiej strony, żeby zrobić zdjęcia. Jest naprawdę ładna.

Jal Mahal - Wodny Pałac - Jaipur
Jal Mahal – Wodny Pałac – Jaipur

Jedziemy następnie z couchsurferem zobaczyć wodny pałac Jal Mahal, (którego nie można zwiedzać, można jedynie zobaczyć z brzegu). Potem proponuję, że może byśmy pojechali obejrzeć Pink City (Różowe Miasto, które wcale nie jest różowe, ale pomarańczowe). Ale nasz couchsurfer proponuje najpierw odwiedzenie fabryki tekstyliów od jego przyjaciela, i której normalnie nie można zwiedzać. Mówi, że to darmowe i że warte zobaczenia, bo w końcu Jaipur słynie z tekstyliów, biżuterii i jakiegoś cennego kamienia.

Fabryka tekstyliów – Jaipur

Podjeżdżamy pod fabrykę, wychodzimy z samochodu, a właściciel już na nas czeka i od razu proponuje, żeby iść za nim nie wymieniając ze swoim rzekomo przyjacielem żadnego słowa. Nie wiemy, kiedy nasz couchsurfer miał czas się skontaktować z właścicielem fabryki i skąd tamten wiedział, że ma nas od razu oprowadzić? Couchsurfer zostaje jak zawsze w samochodzie, co znowu nam się średnio podoba, ale idziemy za panem do fabryki.

Fabryka tekstyliów - Jaipur - Indie
Fabryka tekstyliów – Jaipur

W fabryce oglądamy technikę malowania i wykonywania wzorów, bardzo interesujące. Podobno wszystkie barwniki są naturalne, pochodzące z roślin. Pan daje mi prezencik w postaci płóciennego słonika pomalowanego wspólnie barwnikiem. Zaprasza nas następnie do innej pracowni, za którą znajduje się po prostu sklep. Pan zmieniając temat, wypytuje nas o mnóstwo rzeczy, odpowiadam bardzo krótko, bo przecież nie po to przyszliśmy, aby rozmawiać o naszym życiu prywatnym.

Fabryka tekstyliów - Jaipur - Indie
Fabryka tekstyliów – Jaipur

Pyta czy chcemy herbatę, już wiemy, co się szykuje, już znam te ich herbatę z tureckich i irańskich sklepów z dywanami. Będąc strasznie spragniona proszę o herbatę, jednak Filou odmawia. Pan wyciąga chustki, sukienki, garnitury i koszule. Wszystko „tanie”, piękne i własnoręcznie robione. Pan czeka tylko, na co się zdecydujemy. My jednak wściekli, że ktoś znowu nam próbuje cos wcisnąć, i że nasz couchsurfer pewnie nas tu przywiózł specjalnie, postanawiamy nic nie kupować dla zasady.

Wychodzimy z fabryki nic nie odzywając się na ten temat i prosimy couchsurfera, żeby nas zawiózł do różowego miasta, czyli na stare miasto Jaipur. Podobno wszystkie domy pomalowane były roślinną farbą i że kolor niegdyś był nieco inny niż obecny. Ludzie nie mają prawa malować domów na inny kolor, żeby zachować jednolitość.

Spacerujemy sami po starym mieście, które ma wiele ładnych i zadbanych zabytków, po czym jedziemy do domu couchsurfera oddalonego od Jaipur o jakieś 30 km.

W domu couchsurfera

Kiedy mówił mi, że nie mieszka w Jaipur tylko na obrzeżach w innej miejscowości, wyobraziłam sobie małe miasto. Okazało się jednak, że to wieś z drogami polnymi, polami, krowami i kozami. Ja się ucieszyłam, bo po raz pierwszy mogłam zobaczyć jak wygląda indyjska wieś, a Filou marudził, że tak daleko nas wywozi.

Nasz CS mieszka u rodziny przyjaciela, bo jak nam opowiadał, około 10 lat temu uciekł z domu, kiedy to jego ojciec zaaranżował mu ślub z dziewczyną, za którą nie chciał wyjść. Opowiadał, że został zamknięty w pokoju przez długi czas i był chłostany, aż pewnego dnia udało mu się uciec do domu przyjaciela, u którego został do teraz, a ze swoją rodziną urwał kompletnie kontakt.

Hinduski - Indie
Rodzina couchsurfera

W domu przywitały nas trzy kobiety. Nie wiemy dokładnie, kim one były, ale pewnie rodzina przyjaciela. Jedna z pań mówiła po angielsku więc rozmawialiśmy z nią przez długi czas, gdyż nasz couchsurfer miał jakieś prywatne problemy i był cały czas na telefonie.

Postanowiliśmy, zatem przespacerować się troszkę po wsi, zanim zapadnie zmrok. Przeszliśmy może z jakieś 50 metrów i już jakieś dzieciaczki za nami biegły witając nas. Po chwili, chciały, żeby robić im zdjęcia. To w Indiach mi się podoba, ludzie są bardzo chętni do zdjęć, a czasami nawet sami o nie proszą :D.

Z wiejską ludnością - niedaleko Jaipur - Indie
Z wiejską ludnością – niedaleko Jaipur

Po przejściu kolejnych metrów zostajemy zaproszeni przez pewną rodzinę na herbatkę. Dom z czerwonej cegły na zewnątrz i wewnątrz składający się z dwóch pomieszczeń, chyba pokoje. Pani piecze chleb chapati na ogniu przed domem, jej syn próbuje przykręcić żarówkę, żeby zrobić światło, córka szykuje cay z mlekiem i imbirem, a pan tata puszcza głośną muzykę na swoim komputerze, żeby dać nam posłuchać. Bardzo zabawny kontrast. Schodzą się jacyś inni ludzie z wioski, żeby sobie z nami porobić zdjęcia no i przychodzą też nasze dzieciaczki spotkane wcześniej na drodze.

Pieczenie chleba chapati - Indie
Pieczenie chleba chapati na odchodach – rodzina, która zaprosiła nas na cay

Posiedzieliśmy tak chwilę, rozkoszując się w końcu miłym momentem i miłym towarzystwem w Indiach. Zostalibyśmy dłużej, ale czas wracać do couchsurfera. Pani mówiąca po angielsku przygotowała nam przepyszne chapati z sosem przypominającym zupę. Potem przyszli znajomi naszego couchsurfera (starsi mężczyźni), otworzyli indyjski rum, palili jakiś naturalny tytoń i puścili nam, na moją prośbę, indyjską muzykę.

Jaipur samodzielnie

Rano couchsurfer zawiózł nas na przystanek autobusowy, oddalony o jakieś 9 km od jego domu i pojechaliśmy do centrum Jaipur szukając hotelu na kolejną noc. Początkowo, chcieliśmy zostać u couchsurfera dwie noce, ale z racji tego, że rozmowa nie za bardzo się kleiła, i że mieszka tak daleko, postanowiliśmy wziąć hotel. A hotel naprawdę super (Sunder Palace, najtańszy pokój za 450 rupii dla dwóch osób, o który oczywiście poprosiliśmy, poza tym, był to najtańszy pokój, jaki mieliśmy do tej pory! W dodatku z bardzo ładnym wystrojem i restauracją na dachu (niestety nie już taka tania, ale dosyć dobra).

Świątynia hinduska - Jaipur Birla Mandir - Jaipur - Indie
Świątynia hinduska – Jaipur Birla Mandir – Jaipur

Zwiedziliśmy przepiękną hinduską świątynie Birla Mandir cała w marmurze (wejście darmowe, ale trzeba sprawdzać godziny otwarcia, bo jest zamykana w ciągu dnia. Można tam podjechać miejskim autobusem za 15 rupii, albo pójść piechotą). Następnie zwiedziliśmy oddalone o 2 km muzeum Albert Hall (150 rupii). Muzeum z epoki kolonialnej. Normalnie nie przepadam za muzeami, ale to naprawdę robi wrażenie, szczególnie budynek.

Wieczorem spotkaliśmy się z naszymi kompanami podroży z New Delhi i Agry. Jest to para bardzo sympatycznych Francuzów, z którymi się spotykamy, co jakiś czas w podroży. Przez około 3 godziny opowiadaliśmy sobie, co się u nas wydarzyło w przeciągu 24 godzin, wiec sobie wyobraźcie…

Hotel Sunder Palace - Jaipur - Indie
Jeden z najtańszych hoteli – Sunder Palace – Jaipur

W Jaipur, postanowiliśmy zostać jeszcze jeden dzień więcej, bo ktoś mi powiedział, że znajduje się tu świątynia małp, którą koniecznie chciałam zobaczyć. Niestety w naszym hotelu nie było już miejsca więc zrobiliśmy sobie nocną eskapadę po okolicznych hotelach szukając wolnego pokoju. Ktoś polecił nam hotel mieszczący się w naszym budżecie. Hotel okazał się cudowny (Heiwa inn) 7, z najlepszym prysznicem i łóżkiem, jaki do tej pory mieliśmy a za tą samą cenę, co nasz hotel w New Delhi (tak, ten sam w opłakanych warunkach).

Hotel Heiwa Inn - Jaipur - Indie
Nasza najlepsza łazienka hotelowa – Hotel Heiwa Inn – Jaipur

Pan z recepcji okazał się bardzo sympatyczny. Na początku proponował nam pokój za 700 rupii, ale ja prosiłam o najtańszy, czyli za 600 rupii. Niestety nie było mowy o negocjacji ceny w zamian za naukę francuskiego (pan trochę mówił po francusku), ale dorzucił nam butelkę wody:) a na drugi dzień zawiózł nas na dworzec autobusowy i pomógł nam kupić bilety i znaleźć autobus. Na koniec zrobiliśmy sobie selfi i wymieniliśmy się Facebookiem :)

Świątynia małp w Jaipur

Świątynia małp oddalona od miasta o jakieś 6 km na górzystym terenie skąd rozpościera się widok na cały Jaipur i okolice. Poszliśmy tam piechotą (do Galta), bo w zasadzie nie ma tam bezpośredniego transportu poza tuk-tukiem.

Można pojechać do Galta gate autobusem z Pink City a potem piechotą z jakieś 30, 40 min. Droga jest bardzo ładna i w końcu można zmienić krajobraz na wzgórza, a nie miasto. Wstęp bezpłatny od strony Jaipur, pewnie jest to wynagrodzenie za trud iścia piechotą. Od drugiej strony, tam gdzie się dojeżdża samochodem albo tuk-tukiem podobno trzeba płacić 150 rupii. Robienie zdjęć jest zabronione, ale wszyscy i tak robili. Świątynia naprawdę warta świeczki, piękne budowle i pełno małp nierobiących krzywdy, nawet niezwracających uwagi na ludzi.

Świątynia małp Monkey Tempel - Jaipur - Indie
Świątynia małp – Jaipur

Po świątyni poszliśmy do Jantar Matar, centrum astronomii, niestety nie planetarium jak się tego spodziewałam. Chyba dobrze jest wziąć przewodnika, czego my nie zrobiliśmy, żeby wytłumaczył, do czego służą te wszystkie urządzenia i instrumenty. Zastała nas tam ulewa, taka jak tydzień wcześniej w New Delhi, więc siedzieliśmy pod daszkiem chyba z godzinę patrząc na spadające olbrzymie krople.

Ostatni wieczór w Jaipur

Wieczorem poszliśmy do Macdonaldu, tak bardzo upragnionego przez Filou, ale jak na indyjskie ceny to bardzo drogi i w dodatku ceny wywieszone są podane bez VAT, wiec widząc rachunek zastaje nas niemiła niespodzianka.

Wieczorem poszliśmy do kina na boolywoodzki film. Ale to już w następnym wpisie :) Indyjskie KINO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *