DSC_0616-modif-SIGN

Kierunek Iran

Jeszcze Turcja

No, to jedziemy do Iranu, dzisiaj ostatni dzień w Turcji, Halil mieszka jakieś 2 godziny od granicy, więc powinno nam szybko pójść. Niestety, nie tylko z Europy do Iranu nie jeździ dużo osób, ale z Turcji też nie, więc dojazd na granicę zajmuje nam trochę więcej czasu niż przewidziałyśmy i jedziemy nie jednym, a sześcioma stopami, w tym jeden złapany dla nas przez żandarma a jeden to taksówka. W jednym ze stopów jedziemy z panem aptekarzem, który kupuje nam pyszne ciastka, soki i przed wysiadką zaprasza nas do apteki, z którą współpracuje, na herbatkę. Nie tylko dla nas jest to atrakcja, dla całej apteki tez:) Robią nam cay, rozmawiamy trochę na migi, trochę po angielsku, robimy sobie z wszystkimi zdjęcia i jeszcze selfi, bo selfi zawsze musi być i wychodzimy. Pan z apteki daje nam jeszcze numery, żebyśmy dzwoniły w razie problemu. Bardzo mile spotkanie.
W stop-taksówce spotykamy dwóch Irańczyków, którzy potem jadą do Merend samochodem.
Pytamy wiec czy możemy się z nimi zabrać. Nie ma problemu.

Granica turecko-irańska

W końcu dotarliśmy do granicy. Robię zdjęcie jeszcze po stronie tureckiej, bo po irańskiej nie można i idziemy do tureckiej kontroli. Pokazuję 2 paszporty, bo w jednym turecka pieczątka a w drugim wiza irańska i odchodząc mowie Tessekur ederin (dziękuje po turecku), na co pan celnik, wow, mówi pani po turecku! Nie, ale po 14 dniach spędzonych w Turcji z samymi Turkami i Kurdami nauczyłam się trochę słów, odpowiadam.

Granica turecko - irańska
Granica turecko – irańska

Idziemy dalej, wraz z naszymi panami z taksówki, zakładamy chustki na głowę, zbliżamy się do irańskiego okienka, pełno mrówek i handlowców, straszne zamieszanie, ktoś się z kimś kłoci, pewnie o towar, na ścianie dwóch imamów, przestawianie zegarka o kolejne 1,5 godziny w stosunku do Turcji. Pan przy okienku sprawdza paszport trwa to bardzo długo, potem paszport Kasi, dobra oddaje, hurra, mamy pieczątkę! Uwaga, kolejne okienko, kolejna kontrola, pan pyta o drugi paszport, wypytuje, po co i gdzie jedziemy, co robimy w życiu i w końcu puszcza i przepuszcza nas bez kolejki do wyjścia. Wow, odbyło się nawet bez sprawdzania bagaży! Jesteśmy w Iranie!

Już Iran

Przy wyjściu już czeka taksówka, która zawozi nas na parking, gdzie stoi samochód od naszych Irańczyków. Ale mamy szczęście, rozmawiamy z Kasia, przechodzimy przez granicę i już mamy załatwiony transport do Merend, czyli jakieś 200 km od granicy! Jak dobrze pójdzie, to może coś złapiemy do Teheranu! Kierujemy się w stronę samochodu, robimy sobie pierwsze zdjęcia w chustkach i pakujemy plecaki do bagażnika od Medhiego, naszego Irańczyka z taksówki.

Symbol Iranu widniejący na górze
Symbol Iranu widniejący na górze

Ktoś coś krzyczy, pokazując palcem w nasza stronę, może nie podoba mu się, że nie mamy sukienek? Nie przejmując się, wkładamy plecaki i wchodzimy do samochodu. Medhi zapala silnik i nagle podjeżdża z jakieś 3 taksówki i co najmniej 7 panów krzyczą coś do pana kierowcy. Może Medhi nie ma prawa zabierać obcych kobiet do samochodu? Taksówkarze otwierają nam drzwi, proszą, żeby wysiadać, pytają po angielsku skąd jesteśmy. My dalej siedzimy w aucie i czekamy, co nam powie Mehdi, bo wydaje się na bardzo porządnego mężczyznę. Mehdi w zasadzie nic nie mówi, ale daje do zrozumienia, żebyśmy lepiej wysiadły. Taksówkarze natarczywie nakłaniają, żebyśmy z nimi pojechały, a my, że bardzo dziękujemy, ale wolimy iść pieszo niż z nimi jechać. Mówimy Mehdiemu, że idziemy piechotą mając trochę nadzieję, że się spotkamy gdzieś po drodze. Taksówkarze, za nami idą, podjeżdżają swoimi żółtymi taksówkami, a my idziemy przed siebie nie zwracając na nich uwagi. Idziemy tak z jakieś 5 min i patrzymy, a tu Mehdi macha nam z daleka. Jest, cudownie, jednak inteligentny facet. Pakujemy szybko plecaki do bagażnika i w końcu jedziemy. Po zastanowieniu, myślimy, że nie chodziło o nic związanego z religią, a porostu o zabieranie „potencjalnych” klientów, no, ale na nas i tak by nie zarobili…

Pierwszy irański posiłek

Po drodze Mehdi i jego kolega zapraszają nas na przepyszny irański kebab, czyli broszetkę z mięsa z irańskim chlebem i pomidorem a do tego mleczny napój z wodą i solą – Ayran po turecku a… po irańsku, ale oba smakują trochę inaczej. Osobiście, ten irański mi bardziej smakuje, bo bardziej orzeźwiający.

Irańskie góry

Jedziemy tak z Mehdim jakiś czas oglądając widoki przez okno, a tam góry, góry i pustkowie, cudownie, w końcu miejsca bez miast. Medhi pyta w końcu gdzie będziemy spać, bo do Teheranu za daleko. My na to że gdzieś w namiocie, a on, że przecież zimno. Proponuje nam zabrać nas do siebie. To my wypytujemy czy z kimś mieszka. Mówi, że z żoną i dwójką dzieci. No to chyba możemy?

Mehdi, nadrabia dużo kilometrów tylko po to, żeby nam pokazać jakieś jezioro i góry ciągnące się wzdłuż granicy z Azerbejdżanem. Było warto, widoki tak piękne, że nie mogę oderwać wzroku. Potem jeszcze jakiś kościół. Niestety, już zamknięty, ale z zewnątrz piękny.

U irańskiej rodziny

Już o zmroku, dojechaliśmy do Merend, czekamy na rodzinę Medhiego w samochodzie nie rozumiejąc, po co. Może żona chce nas najpierw widzieć żeby zobaczyć czy możemy przyjść do ich domu? Żona otwiera drzwi samochodu, okazuje się, że to bardzo ładna i szeroko uśmiechnięta dosyć młoda Iranka, a nie jakaś ponura i zrzędliwa kobieta! Wchodzi również dwóch ładnych chłopców w tym jeden, który miał 14 lat, mówiący dobrze po angielsku! Wow, tego na pewno się nie spodziewałyśmy. Jedziemy na przejażdżkę po mieście. Pełno flag irańskich i światełek tak jak w całym Iranie jakby było jakieś święto narodowe. Chłopiec pyta, czy chcemy pojechać do ich domu, przyjmujemy zaproszenie z radością, bo ciemno i zimno, no i bycie w irańskiej rodzinie będzie na pewno ekscytujące!
Jedziemy windą a tam muzyczka. Fajne. Wchodzimy do ich mieszkania, duże, z mnóstwem krzeseł postawionych wzdłuż ściany i mnóstwem dywanów. Trochę jak w meczecie, albo jakimś innym miejscu kultu. Już raz w Turcji widziałyśmy dom z tyloma miejscami do siedzenia, tyle że nie były to krzesła, a cos jak sofy. Dziwne uczucie jak się wchodzi do takiego pomieszczenia, ale przynajmniej miękko pod nogami od tych dywanów:) Pytamy czy możemy zdjąć chustki, super możemy! Ale za to nie wolno się rozbierać do krótkiego rękawka. Pani szykuje kolację, chłopiec pokazuje nam swój pokój i uczy słówek w jeżyku farsi, a my wszystko uważnie notujemy, bo przecież trzeba będzie się jakoś dogadywać.

Kolacja, tak jak w Turcji, rozkładamy obrus na podłodze, jemy pyszna zupę, irański biały ser, jajka, chleb irański a to wszystko popijamy irańskim ayranem (jogurt naturalny + woda + sól). Byłyśmy miło zaskoczone, że po kolacji Mahdi pomaga żonie sprzątać. Potem robimy sobie wszyscy zdjęcie, do którego Pani musi założyć chustkę, co my tez robimy na wszelki wypadek. Potem herbatka, çay, ale dużo słabszy nie ten irański. Rozmowa z pomocą naszego 14 stuletniego tłumacza i oglądanie różowej pantery, koreańskiego filmu z farskim dubblingiem i nawet polskiego meczu siatkówki!!!

W podziękowaniu za gościnę, dajemy chłopcom wieżyczkę Eiffla, jedną, w kolorze złotym, a drugą w srebrnym, starszy chłopiec przyjął ją z radością, a młodszy nie chciał, myśląc pewnie, że to złoto. Starszy dla upewnienia zapytał, czy to metalowe i dopiero wtedy sześciolatek przyjął prezent.

Jest tutaj 23:30 a dzieciaki dalej nie w lóżkach, nawet młodszy ten sześcioletni, biega jak szalony, a my padamy z nóg i marzymy tylko o pójściu spać. W końcu dzieciaki i my również idziemy spać. Zasypiamy w sekundę.

Rano wstajemy koło 7: 00, Pani szykuje przepyszne śniadanko, a Pan poszedł po świeży chleb. Jemy i cała rodzina poza 14 nastolatkiem, który już poszedł do szkoły, odwozi nas na miejsce, z którego możemy lapać stopa do Teheranu. Cudowna rodzina.

Pierwszy autostop w Iranie

Wyciągamy kartonik z napisem Teheran, jedno machnięcie ręka i pierwszy samochód się zatrzymuje. Jednak nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać:) . Jedziemy do Trabzonu. Pan kierowca nas wysadza zaraz przed centrum, na postoju taksówek. Bierzemy plecaki, dziękujemy, a pan nam pokazuje, że chce od nas pieniądze, na co Kasia, „no money” i trzaska drzwiami. Taksówkarze już się o nas zabijają, wszyscy trąbią, a my maszerujemy sobie w drugą stronę żeby się dostać na odpowiednia drogę.

Udaje nam się wydostać z miasta dwoma stopami, ale już na wstępie tłumaczyłyśmy, że nie mamy pieniędzy, żeby na nic nie liczyli. Nasz trzeci stop, to pan Irańczyk, który mówi troszkę po angielsku, ale, z którym i tak ciężko się dogadać, i który mówi, że nas zawiezie do Teheranu, jeżeli kolega odda mu pieniądze, to wtedy zatankuje. My nie wiemy, o co chodzi, bo do Teheranu z Trabzonu „jedyne” 600 km, … ale Pan jedzie, więc niech jedzie. Ale jakieś 100 km dalej mówi, że jednak kolega nie wysłał pieniędzy, więc nie może jechać, ale za to wsadzi nas do autobusu, za który zapłaci. Ostatecznie, jedzie na bramki autostrady i tam pyta młodego małżeństwa czy nie mogliby nas zabrać do Teheranu. Pani z samochodu pyta czy mamy ochotę z nimi jechać, my się oczywiście zgadzamy i jedziemy nowiutkim jeszcze z folią w środku na siedzeniach, jakimś chińskim autem, nowe, ale chińskie, mamy nadzieję, że się nie rozkraczy gdzieś po drodze.

Para, z którą jechałyśmy do Teheranu
Para, z którą jechałyśmy do Teheranu

Okazuje się, że para bardzo sympatyczna, a pani nawet mówiąca dosyć dobrze po angielsku więc można jakoś się porozumiewać. Para jedzie do Teheranu na operację nosa. Mąż do nas : „mam ładną żonę, tylko ten nos, no, musi coś z nim zrobić” (podobno, w Iranie operacje plastyczne są dosyć popularne). Małżeństwo opiekuje się nami, herbatka, pomarańcze, marcheweczka, postój na kanapeczki ze świeżym irańskim chlebem.

W końcu Teheran

Godzina 20:00 czasu irańskiego (17:30 w Polsce) po 12 godzinach jazdy, w końcu dojechaliśmy do Teheranu! Nasze małżeństwo, z którym jedziemy, kontaktuje się z naszymi teherańskimi couchsurferami gdzie i o której mają przyjechać więc my, nie mamy nic do roboty. Dojeżdżamy na miejsce i czekamy z naszym państwem na naszych couchsurferow, hurra! Przyjechali, jedziemy już do „domu” kolacja przy normalnym stole, przepyszne spaghetti, wifi, prysznic i spać! Tak, tego nam było trzeba. Iranie, witaj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *