Widok na Neapol i góry

Neapolitańskie przygody

Miał być mały, przyjemny wypad. Przedłużony weekend. Ryanair miał tanie bilety do Neapolu. 200 zł w obie strony. Takiej okazji nie można było przegapić. Wow, Neapol. W mojej głowie było to miasto marzeń, tak jak Paryż dla niektórych. Moje wyobrażenie o pięknie Neapolu potęgowało powiedzenie, nie pamiętam czy to z jakiegoś filmu czy to ktoś sławny powiedział, że jak zobaczysz Neapol, to potem możesz umrzeć w spokoju, bo już nic piękniejszego się nie zobaczy „See Naples and die”.

Dlatego też bardzo się zdziwiłam, jak koleżanka mi powiedziała, że jej się tam w ogóle nie podobało, że było brudno i głośno. Zastanawiałam się czy może nie przesadza. W końcu w Paryżu też jest miejscami brudno, a mimo to stolica Francji pozostaje pięknym miastem.

Wpisałam w Google Image „Neapol” i stwierdziłam, że się musi mylić. Wyskoczyły tylko piękne zdjęcia robione w słoneczny dzień, na których widniało morze i kolorowe budynki mieszkalne. Hmm jest tam ślicznie pomyślałam i cieszyłam się na wyjazd.

Super, mamy ponad 3 dni na zwiedzanie. Uda nam się wszystko zobaczyć. Kiedy mówiłam znajomym, że wybieramy się z Filou do Neapolu to mówili, że jeden dzień w mieście w zupełności wystarczy, radzili zwiedzenie Wezuwiusza, Pompei, wyspy Capri i wybrzeża Amalfi. Mi najbardziej zależało, na Neapolu, wyspie Capri i Amalfi, bo chcieliśmy iść na jakiś trekking poza miastem, a wyspa i wybrzeże wydawały się piękne. Co do reszty, to stwierdziłam, że jak nam starczy czasu, to zrobimy.

Nie wiedziałam w ogóle co warto zobaczyć w Neapolu. Nie miałam zupełnie czasu poczytać o mieście, ani zobaczyć za jakimś przewodnikiem. Kompletnie nic, na szczęście koleżanka powiedziała mi, jak działa miasto, czym i jak się dostać z lotniska, że w Neapolu kursuje metro i komunikacja pociągami jest dobrze rozwinięta.

Generalnie nie lubię planować wyjazdów, ale takie wypady weekendowe raczej tak, żeby nie tracić czasu na szukanie na miejscu, szczególnie przy ograniczonym internecie. Kumpela podała mi kontakt do dziewczyny z airbnb która bierze za pokój jedynie 15€. Super, to będzie niskobudżetowy wypad. W prawdzie nie miała jakichś super opinii, ale stosunek jakości do ceny był podobno ok. Zarezerwowałam u Lisy dwa noclegi. We wtorek, bo przylatywaliśmy późnym wieczorem i na środę. Co pozwoliłoby nam spędzić cały dzień w Neapolu i chodzić bez plecaka. W Polsce jeszcze sprawdziłam jak można się dostać na wyspę i jakie są ceny oraz ewentualnie w jakie miejsca można z niej dopłynąć z powrotem. Czyli plan na dwa dni był: 1 dzień – Neapol, 2 dzień – wyspa, a potem noclegi w namiocie na wyspie albo gdzieś na wybrzeżu podczas trekkingu. Aplikacja maps.me pokazywała, że takie są więc wszystko super. Problem by się pojawiał jak dojechać do Neapolu z gór z wybrzeża, bo to by było daleko od głównych dróg, a stop we Włoszech, z mojego doświadczenia, raczej średnio działa. Jednak nie wiedziałam co robić w Neapolu, nic o nim nie czytałam i tu stała się rzecz, której nigdy po sobie bym się nie spodziewała… Zaczęłam panikować, stresować, tak jakbym jechała co najmniej na Antarktydę w klapkach i sukience. Wtedy dzwoniłam do kumpeli, która była w Neapolu 3 razy i znowu ją o wszystko wypytuję i w końcu jej mówię:
– Monika, nie wiem co się ze mną dzieje, zaczynam panikować przed wyjazdem!
Ona na to:
-Hmm, kiedy ostatnio gdzieś byłaś za granicą?”
– W lipcu na Réunion, teraz jest kwiecień, ale wiesz, tam wszystko już znałam więc było na luzie.
– To Mazij, dobrze, że lecisz, bo zaczynasz dziczeć.
Szczerze mówiąc, uspokoiło mnie to i stwierdziłam, ta, która mówi to innym, że przecież nie ma się czego bać, zawsze na miejscu się jakoś poradzi choćby nie wiem jaka sytuacja.

Wiem, wiem dłuuuugi wstęp jak na 4 dniowy wyjazd do europejskiego miasta, ale to mój pierwszy wypad po podróży i Réunion. Czyli tak naprawdę pierwszy po półtora roku, gdzie przez ten czas nie czułam absolutnie potrzeby opuszczania Polski. No, nie licząc też krótkiego wypadu do Paryża w celu załatwienia kilku spraw, ale to moje miasto, znam je na pamięć więc to tak, jak wrócić na chwilę na stare śmieci.

Airbnb w Neapolu

Ale wracając do Neapolu, nasz samolot miał opóźnienie, Ryanair dał nam żółte nalepki na nasz bagaż podręczny, aby oddać bezpłatnie plecaki do luku bagażowego, tylko, że ja wiem ile potem trzeba czekać na jego odbiór, a nie chciałam, aby dziewczyna od airbnb z którą byłam umówiona na 23:00 czekała na nas zbyt długo. Postanowiłam odlepić naklejki z plecaków i przemycić bagaże do kabiny. Napisałam wiadomość do Lisy, że będziemy spóźnieni. Z lotniska szliśmy piechotą, mieszkanie Lisy było tylko 6 km od lotniska, szybkim marszem 50 min. Na autobus trzeba było czekać 20 min, który i tak jechał do centrum a stamtąd było 3 km do naszego noclegu, w prawdzie jest metro, ale nie widziałam czy jeszcze będzie jeździć i o której dotrzemy. Stwierdziliśmy, że piechotą będzie najprościej. Lisa do mnie pisała, po włosku. Nie wiedziałam czy ona mnie rozumie jak jej odpisywałam po angielsku. W końcu do niej zadzwoniłam próbując jej wytłumaczyć, że będziemy za 35 min, ale ona chyba nie rozumiała i znowu mówiła do mnie po włosku, a ja do niej po angielsku. Potem znowu jej napisałam wiadomość, że będziemy przed jej mieszkaniem o 23:45.

Zaśmiecona ulica w Neapolu
Zaśmiecona ulica w Neapolu

Kiedy szliśmy uliczkami, byłam trochę przerażona miastem, czułam się jak w miastach Ameryki Południowej, gdzie nie ma jakiegokolwiek ładu. Śmieci wszędzie jak w Indiach, tak jakby nie mieli koszy, ale o dziwo kosze były, ale tak przepełnione, że się wszystko wysypywało. Samochody bez szyb, a zamiast nich, folie oklejone, pewnie ktoś rzucał w nie kamieniami. Dzieci i młodzież nawet w środku tygodnia chodząca po ulicy koło 24:00. Auta zaparkowane wszędzie i byle jak, chodniki to jedno-metrowej szerokości przestrzenie służące jako dodatkowe parkingi, więc brak przejścia. Samochody i skutery trąbiące  z każdej strony, nie zatrzymujące się i ani na chwilę zwalniające jak przychodzisz. Na szczęście kierowcy omijają cie na lewo albo prawo. Już wiem dlaczego każdy samochód taki obity… Kolejna dżungla samochodowa. Byle do przodu i byle przeżyć. Pomyślałam wtedy, że to powiedzenie, o którym wcześniej mówiłam, musiało być a propos innego miasta, albo być ironią…

Wyspa Capri - kosze na śmieci - brud
Przepełnione kosze na śmieci na wyspie Capri

Kiedy zbliżaliśmy się do bloku Lisy, przywitały nas kolosalnie długie schody, jak do piramidy Kukulkana. Cali spoceni od szybkiego marszu, wspięliśmy się na schody dysząc, znaleźliśmy rezydencję od Lisy ale nikt przed nią na nas nie czekał, nie licząc trzech kotów, które na nas patrzyły z ciekawością. Koło bramy był olbrzymi materac, który ktoś wyrzucił i sterta innych śmieci. Próbowałam zadzwonić do dziewczyny z airbnb, ale jej telefon był wyłączony. Była 23:50. Próbowałam jeszcze raz i jeszcze raz, ale nic. Telefon wyłączony. O Boże, może ona jest zła, że się spóźniliśmy i już nie przyjdzie? Wyłączyła telefon, żeby nikt jej nie budził?? Patrzyłam na materac załamana, że przyjdzie nam tu spać pod klatką. Wtedy myślałam o francuskim filmie „La Haine” gdzie bohaterom ucieka pociąg i spędzają noc w Paryżu nie wiedząc za bardzo co robić. Filou mówił, że znając Włochów i Hiszpanów oni nigdy nie są na czas więc dziwnez żeby Lisa się na nas wkurzyła, ale co jeśli ona jest inna? Na przykład z jakiejś rodziny niemieckiej i jak się spóźnisz 5 min to drzwi się zamykają i koniec? Czekaliśmy tak ze 20 min. Filou zaczął szukać parku, w którym byśmy mogli rozbić nasz pożyczony namiot, a ja wysłałam desperacką wiadomość do Lisy: „Czy jesteś na nas zła za spóźnienie i już nie przyjdziesz? :(”
Wtedy to jakaś dziewczyna przyjechała na skuterze i ściągając kask zapytała: „Marzena?” Ja na to: „Lisa? Ooo Lisa, thank you, thank you so much, I’m so sorry to be late…” Myślałam, że ją ucałuję, że przyjechała, a ona na to: „Żaden problem, to normalne że jesteście spóźnieni. Jestem do tego przyzwyczajona dlatego też nie przyjeżdżam na czas”.

W mieszkaniu były 3 pokoje, jeden był zajęty przez pewną mamę z dzieckiem, nie wiem czy też z airbnb, czy tam mieszkali, drugi od Lisy, która tylko trzymała w nim swoje rzeczy, a mieszkała gdzieś indziej. Trzeci był dla nas. Przypominał mi nasz pokój z Rzymu, jaki kiedyś wynajęliśmy w hotelu dwugwiazdkowym, tyle, że ten,  był od niego o niebo lepszy. Był bardzo duży, z wysokim sufitem, jak w polskich kamienicach, podłoga była z posadzki jak w szkolnych korytarzach, po środku było łóżko, dwie nocne szafki, dziury w kontaktach i biała świetlówka.

Uliczna kapliczka w Neapolu
Uliczna kapliczka w Neapolu

Generalnie pokój mało zachęcający, ale za to tani i w niezłej lokalizacji. Łazienka była bardzo przestarzała z designem zebry, co chyba miało dodać otuchy, ale też ta biała, zimna świetlówka, i wanna brudna od starości. W łazience wszędzie były żółte kaczuszki, może od Lisy jak była małą dziewczynką? Albo od tego dziecka z pokoju obok? Kuchnia była w lepszym stanie, ale i tak ostatecznie z niej nie korzystaliśmy. No nic, najważniejsze, że nie musieliśmy spać na materacu przed bramą rezydencji. Mogliśmy się położyć i zostawić plecaki.

Spacer po Neapolu

W środę rano, poszliśmy na śniadanie do jednej z lokalnych Caffetteria, takie włoskie cukiernio-kawiarnie są wszędzie i w których można zjeść przepyszne rogaliki tzw. cornetto za 1€ oraz napić się kawy czy herbaty. Obsługa przesympatyczna. Sprawiali wrażenie, że znają każdego wchodzącego klienta. Pan ekspedient miał bardzo przyjazny uśmiech i zagadywał do wszystkich, łącznie z nami.

Uliczka w Neapolu składająca się ze schodów
Uliczka w Neapolu

Po śniadaniu, rozpoczęliśmy włóczęgę po mieście. Z Filou lubimy zaglądać do każdego konta miasta, tam gdzie zwykły turysta nie ma po co iść. Wtedy można dopiero zobaczyć prawdziwe oblicze danego miejsca. Tak więc wchodziliśmy w różne uliczki, podwórza i robiliśmy zdjęcia. Ludzie do nas zagadywali po włosku z uśmiechem, a ja im odpowiadałam łamaną włoszczyzną dodając kilka słów po hiszpańsku oraz trochę migów mając nadzieję, że wtedy zrozumieją.

parkowanie - wyspa Capri - samochody
Włoski sposób na parkowanie

Przez pierwsze 3 godziny nawet mi się podobało. Ten chaotyczny rozkład budynków, kompletny brak logiki w budownictwie, ale też drzewa pełne cytryn czy mandarynek i ciekawe ogródki. Pranie wywieszone przy każdym domu, odpadający tynk kamienic, porzucone skutery i auta, kapliczki co 50 metrów, to wszystko budziło moją ciekawość i było interesującym obiektem do fotografowania. Miałam ochotę robić zdjęcia wszystkiemu. Jednak po kilku godzinach czułam się zmęczona tym miastem, hałasem i brudem. Zaczęłam czuć się dziwnie, tak jakoś daleko od domu, daleko od tego co znam, bardzo mocno zaczęło mi to miasto przypominać Indie albo Amerykę południową. Tylko w tych dwóch miejscach czułam się nieswojo.

Grafitti i odpadający tynk w Neapolu
Grafitti i odpadający tynk w Neapolu

Trekking na uroczej wyspie Capri

Na drugi dzień płynęliśmy na wyspę Capri. Trochę ponad godzinę promem. Ze statku było widać jak oddalamy się od żółtej chmury, która widniała nad lądem, był to prawdopodobnie pył znad Sahary, który też się unosił nad morzem. Pył ten najbardziej był widoczny na samochodach, ale był też na stołach, krzesłach, ladach.

Prom Caremar z Neapolu na wyspę Capri
Prom Caremar z Neapolu na wyspę Capri

Na wyspę dotarliśmy około 9:30 rano. Była ładna pogoda i dosyć ciepło. Od razu zaczęliśmy iść na zachodnią część Capri, ścieżką dla pieszych, aby zobaczyć Grotę Azzuro i stamtąd zacząć trekking do okoła wyspy. Ostatecznie grotę sobie darowaliśmy, bo było tam mnóstwo turystów czekających na łódkę, która za 14€ za osobę poprowadziłaby Cię do środka groty i z powrotem. Nie wiem dlaczego nie można tam po prostu wpłynąć o własnych siłach :)

Widok na Neapol i pył znad Sahary
Widok na Neapol i pył znad Sahary

Kawałek dalej była ścieżka prowadząca wybrzeżem. Idąc tak szlakiem, znaleźliśmy przepiękne miejsce na rozbicie namiotu. Stwierdziliśmy, że grzechem byłoby z niego nie skorzystać. Była dopiero 13:00 więc postanowiliśmy kontynuować trekking, a potem wspiąć się do miasteczka Anacapri, żeby kupić coś do jedzenia i wrócić na naszą miejscówkę.

Dziki camping na wyspie Capri
Dziki camping na wyspie Capri

Koło 18:00 byliśmy z powrotem na naszym miejscu kampingowym z dostępem do wody pitnej i widokiem na rozbijające się o skały fale. Było to daleko od portu, dlatego zdecydowaliśmy zostać jeszcze jeden dzień na wyspie i ją obejść. Kolejny dzień był bardzo słoneczny, kontynuowaliśmy trekking prowadzący klifami i wchodziliśmy na najwyższy szczyt wyspy – Monte Solaro. Po drodze widzieliśmy węże, a jeden podążał w moją stronę sycząc. Zaczęłam piszczeć i uciekać. Zasada, nie ruszaj się i nie panikuj wzięła w łeb. Strach wziął górę. Na szczęście chwilę wcześniej wyczytaliśmy na tabliczkach informacyjnych, że są to węże niejadowite i co najwyżej mogą ugryźć…. Zawsze to jakieś pocieszenie.

Włoska wyspa Capri - port - klify
Wyspa Capri

Podczas całej przechadzki były piękne widoki na turkusowe morze i skaliste wybrzeże wyspy. Po dotarciu na Monte Solaro schodziliśmy do drugiego miasteczka Capri. Na wyspie są bowiem tylko dwie miejscowości: Capri i Anacapri. Tam koniecznie musiałam zjeść coś ciepłego i znaleźć Wi-Fi aby wyszukać połączeń na wybrzeże Amalfi.

Sentiero dei Fortini - trekking na wyspie Capri
Trekking na wyspie Capri

Wyspa nie ma nic wspólnego z brudnym Neapolem. Jest tu czysto, ładnie, domy i wille odnowione, jest cicho i przyjemnie. Podobno jest to miejsce pobytu wielu gwiazd z różnych krajów. Piękne hotele cztero i pięcio-gwiazdkowe zdobią Capri, a kolorowe kwiaty dodają jej uroczego zapachu. Wąskie uliczki to prawdziwy labirynt, ale przyjemnie jest tu się zgubić.

Wyspa Capri - Morze Śródziemne - Sorrento
Widok na morze Śródziemne, port wyspy Capri i Sorrento

Będąc w centrum Capri zaczęliśmy się zastanawiać co robić dalej. Czy płynąć na wybrzeże do Sorrento, szukać statku do Positano czy też może zostać tu do końca naszego pobytu? Szczerze mówiąc, po dwóch dniach intensywnego chodzenia byłam trochę zmęczona i częściowo chciałam popłynąć na wybrzeże, ale czasu nie było już za wiele, a nie chcieliśmy się stresować i spieszyć, żeby dostać się do Neapolu, dlatego zdecydowaliśmy zostać ponownie na wyspie i jeszcze zobaczyć część wyspy, na którą już nam nie starczyło czasu. Tak więc poszliśmy na Monte Tuoro i tam znaleźliśmy kolejne super miejsce na rozbicie namiotu.

Ostatni dzień na wyspie Capri

Sobota rano, była bardzo przyjemna. Ciepły ranek, piękne widoki, śniadanie na punkcie widokowym. Wydawałoby się, że nic nie może zakłócić tak pięknego dnia. Powoli szliśmy na ostatni skrawek Capri, którego do tej pory nie odwiedziliśmy, aby zobaczyć Arco Naturale i dokończyć tym samym trekking do okola wyspy.

Klify na wyspie Capri
Klify na wyspie Capri

Było gdzieś po 11:00. Wiedziałam, że nasz statek będzie między 13:00 a 14:00 ale nie znałam dokładnej godziny. W końcu nie było w ogóle planu, że zostaniemy przez cały pobyt na Capri. Co mnie interesowało to połączenia na wybrzeże, a nie z powrotem do Neapolu, dlatego znalazłam tylko pierwsze i ostatnie odpływy promów do miasta. Powiedziałam Filou, że musimy iść do centrum sprawdzić godziny odpływów. Schodząc z trasy, Filou zauważył piękną ścieżkę.

Skaliste wybrzeże włoskiej wyspy Capri
Skaliste wybrzeże włoskiej wyspy Capri

Mówił, że to będzie niespodzianka, gdzie idziemy. Trochę się zmartwiłam, że idziemy tak długo w dół, ale wiedziałam, że jest połączenie z portem, w końcu mówiłam Filou, że nie wiem o której odpływa nasz statek. Kiedy zeszliśmy na sam dół, okazało się, że dotarliśmy z samej góry na skalisty brzeg wyspy skąd był piękny widok na wyspę i morze. Filou wyciągnął chleb i zaczął szykować coś do jedzenia, a ja mając rozładowany od dwóch dni telefon zapytałam która godzina. „Aaa 12:30” – odpowiedział.

Lunch na skalistej plaży wyspy Capri
Lunch na skalistej plaży wyspy Capri

Ja zaczęłam się denerwować, że już 12:30 a tu nie ma połączenia z portem i musimy wbiegać na górę a potem stamtąd w dół do portu, bo nasz statek może być po 13:00. Filou sądził, że statki odpływają co godzinę i że nie ma żadnego problemu. Tak więc będąc też w lekkim stresie zaczął wchodzić z powrotem do góry a ja za nim. Na szczęście szybkie wejście do góry zajęło nam jedynie 30 min i potem prawie biegiem dotarliśmy do portu. Okazało się, że nasz statek odpływa za godzinę, o 14:30 więc na spokojnie kupiliśmy bilety i zjedliśmy nasze kanapki.

W drodze na lotnisko

Jeszcze przed wyjazdem wiedziałam, ze musimy być najpóźniej o 16:00 w Neapolu, aby na 17:00 być na lotnisku, bo o 17:40 zamykają bramki. O 18:10 odlot. Bilety mieliśmy elektroniczne, bo Ryanair nie pozwala zrobić odprawy wcześniej niż 4 dni przed odlotem. Więc robiliśmy na szybko z lotniska w Polsce. Mój telefon był rozładowany więc niczego nie mogłam sprawdzić, ale wszystko szło idealnie z planem. Punkt 16;00 Neapolu, w prawdzie co o mały włos nie wpadłabym pod skuter, który chyba jechał pod prąd, ale na szczęście Pan z uśmiechem mnie odepchnął i tym samym uniknęliśmy wypadku. Punkt 17:00 na lotnisku. Kontrola jest. Patrzę na ekran i nie widzę bordingu. Mówię do Filou, że jeszcze się nie zaczął, że pewnie jeszcze za wcześnie. Zatem siedzimy ładując telefony. Ja znowu idę sprawdzić i mówię, że to dziwne, że nadal nie ma żadnej informacji z którego gate jest odlot. Wtedy Filou poszedł zobaczyć i nagle krzyczy, że jest tam druga tablica i na niej jest wyświetlona bramka i że odlot nie jest o 18:10 ale 17:50 i zamknięcie bramek było o 17:20 a nie 17:40. Nic z tego nie rozumiałam, dałabym sobie rękę uciąć,ze to nie prawda. Zaczęliśmy biec, szukając naszego gate, kiedy dobiegliśmy zobaczyłam jednego chłopaka siedzącego na fotelu dla czekających pasażerów. Krzyczę: „do Krakowa, do Krakowa!”, a on spokojnie odpowiedział, że podobnie jak my przybył za późno i bording jest już skończony. Ja szybko chciałam otworzyć drzwi na płytę lotniska i biec do samolotu, bo przecież jeszcze nie mógł odlecieć, jest za wcześnie, ale chłopak do mnie krzyczał, że jak otworzę drzwi to włączę alarm i lepiej żebym tego nie robiła. Zaczęłam biegać po lotnisku szukając kogoś i błagać, żeby nas wpuścili do samolotu, jeszcze było przed odlotem, więc na pewno jeszcze samolot stał na lotnisku. Na nasze nieszczęście pani z obsługi odpowiedziała, że nie ma takiego prawa i jak się drzwi odprawy zamknęły to już koniec. Dlaczego nas nikt nie wzywał przez megafon? Przecież musieli wiedzieć, że przeszliśmy przez kontrolę…

Siedliśmy w poczekalni zszokowani i załamani nie mając pojęcia co robić. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Nie mieściło nam się to w głowach. Co z naszymi planami? Wracamy, prysznic, kolacja, odmrozić mięso na niedzielę, nastawić pranie, spać, w niedzielę Filou składa mój przyszły komputer, a ja robię jedzenie. Filou o 16:00 jedzie do Francji, a ja o 18:00 idę do kościoła.  Mówię do Filou: „Wykrakałeś, normalnie wykrakałeś”
– a on: „ale co?”
– Ja: „co chwilę się mnie pytałeś żartując „a jak wracamy? . Na stopa? Hahah” to teraz masz, możesz wracać na stopa.

Zszokowani, zawiedzeni, co tu robić?

Zaczęłam sprawdzać jak jesteśmy daleko, ale około 1800 km od Krakowa. Kurcze, za daleko na stopa. Nie mamy czasu. Nawet z koleżanką Kasią nasz rekord to było 1600 km w dwa dni, gdzie byłyśmy w tureckim raju stopowiczów i w dodatku dwie baby. Z Filou we Włoszech mogłoby nam zejść nawet 4 dni… Filou w dodatku miał bilet do Paryża na niedzielę po południu, na szczęście udało nam się go przebukować. Ja znowu do pracy. Eh, co tu robić? Siedzimy i ładujemy telefony i korzystamy z Wi-Fi, żeby móc znaleźć rozwiązanie. Wchodzę na grupy FB „nomadzi”, „ciągle w drodze”, może ktoś jedzie do Polski? Odpowiada kilka osób, ale nic konkretnego, albo nie w tym czasie, kolejny lot za 3 dni, z Rzymu coś by było, ale i tak w poniedziałek i to za 260 euro… Cholera co robić? Zaraz noc, na stopa średnio, za późno i nie z rozładowanymi telefonami. W końcu sprawdzam Sindbad autokar. Huraa jedyna nasza szansa. Wyjazd na drugi dzień z samego rana. Przyjazd po południu kolejnego dnia. Cena 60€ najtaniej z wszystkich połączeń. Dzwonię do nich z nadzieją, że mogę jeszcze zarezerwować, nie mamy jak wydrukować biletu, ale to nie problem. Można się z nimi dogadać. Uff ok, to teraz pytanie, gdzie przekoczować noc?

Przed wyjściem z lotniska skorzystałam z ubikacji, wracając do poczekalni zdałam sobie sprawę, że zostawiłam w toalecie torebkę z wszystkimi dokumentami i całą naszą kasą. Zaczęłam biec co sił w nogach mając nadzieję, że jeszcze nikt tam po mnie nie wszedł. Dobiegłam do kabiny, otwieram drzwi, patrzę… uff wisi, nadal wisi. „Filou, ten dzień musi się skończyć jak najszybciej, bo nie wróży nic dobrego”  powiedziałam.

Szukanie noclegu w Neapolu

Gdzie tu zostać na noc? Napisaliśmy do znajomego, który pochodzi z Neapolu, ale niestety nie udało mu się nikogo znaleźć, kto by nas przygarnął. Pisałam też do Lisy czy nie ma może miejsca na tę noc, ale też nic z tego, napisałam również na couchsurfingu last minut, ale  nikt się nie odezwał. Rozbicie namiotu w centrum miasta średnio nam się podobało, a koczowanie na lotnisku nie miało sensu, bo musieliśmy być wcześnie rano w centrum. Filou znalazł przez booking jakiś Bed & Breakfast ze śniadaniem koło dworca, skąd odjeżdżał nasz autobus do Polski. Trochę mi ulżyło, że już nie trzeba niczym się przejmować tylko prosto iść spać. Mimo trzech dni trekkingu nie miałam ochoty tego wieczoru się myć. Marzyłam tylko, żeby się położyć i zasnąć.

Hotel widmo – Blue Cristal

Dotarliśmy na plac Garibaldi koło dworca kolejowego. Gdzie ten hostel? Szukamy i szukamy i nic. No przecież powinien tu gdzieś być. Szukamy po szyldach „Blue Cristal” ale nic nie ma. Pytam Pana z kawiarni, który pokazuje, że to będzie z drugiej strony placu. Przechodzimy przez ulicę, szukamy po numerach, ale nic. Nadal żadnej informacji. Pokazuje innemu panu adres. On nas zaprowadza pod klatką jakiegoś bloku i pokazuje, że to tu. My zdziwieni, bo tam faktycznie jakieś dwa hostele, ale nie ten, co zarezerwowaliśmy. No nic, postanawiamy dzwonić domofonem, może ktoś będzie mówił po angielsku i nam pomoże. Wtedy do klatki wchodzi jakiś chłopak. Pyta czy chcemy wejść, my, że tak. Pyta dokąd jedziemy. My, że do hostelu. On na to że trzeba jechać na 8 piętro, ale windą da się dojechać tylko na siódme a potem trzeba schodami. Niesamowite, u nich też istnieją takie bloki jak w niektórych miastach Polski, że winda jeździ na przykład co trzy piętra. Zawsze mnie to intrygowało.

Winda przed hostelem Blue Crystal - Neapol
Winda przed hostelem Blue Crystal – Neapol

Wsiedliśmy do trochę przerażającej windy, zastanawiałam się czy ona w ogóle dojedzie na siódme piętro. Tam ku naszemu szczęściu ukazał się napis „Blue Cristal”. Hmm dlaczego nie ma żadnej informacji przed blokiem? Może udałoby nam się go odnaleźć wcześniej niż po 45 minutach? Zaczynamy pukać, ale nikt nie otwiera. Drzwi obok, jakiś Pakistańczyk przygotowuje sobie kolację. Mówi coś, że pani poszła po piwo, ja zrozumiałam, że dla niego, Filou zrozumiał, że poszła na piwo. W każdym razie było coś o piwie i miała za chwilę wrócić. Tak więc siedliśmy na schodach i czekaliśmy.

Siedzieliśmy tak może z 15 min, marząc o śnie. Aż tu ktoś wychodzi z mieszkania/hostelu. Pakistańczyk pokazuje na nas i tłumaczy, że my czekamy na pokój. Dziewczyna zdziwiona odpowiada po włosku, że mamy czekać, że jakiś problem. Więc siedzimy dalej. W końcu ta sama dziewczyna z mieszkania woła chłopaka mówiącego po angielsku i mu mówi, że jest problem. Nie mają łazienki. Jakaś rura pękła. Mamy nadal czekać, bo zaraz przyjdzie hydraulik naprawić. Serio?? Dzisiaj już nas nic nie zdziwi. Czuję się jak w ukrytej kamerze, albo w filmie surrealistycznym. Nie wierząc własnym uszom. Pytam czy o 24:00 ktoś naprawdę przyjedzie? Tak, tak, nie ma problemu. Czekajcie. Po jakimś czasie ta sama dziewczyna woła naszego tłumacza, który nam oznajmia, że jednak problem hydrauliczny nie będzie rozwiązany i że musimy sobie znaleźć inne lokum. Zaczęliśmy się śmiać, nie dowierzając.

Bed & Breakfast Blue Crystal w Neapolu
Bed & Breakfast Blue Crystal w Neapolu

Gdzie my się znaleźliśmy? Chłopak/tłumacz powtarzał tylko „Neapol no good, no good, I tell you Neapol no good”. Tłumaczymy, że pokój u nich już opłacony. Co teraz? Dziewczyna się zastanawia i do kogoś dzwoni. Podaje mi telefon. Pani w telefonie mówi coś po włosku, ja do niej, że po włosku nie rozumiem, żeby mówiła po angielsku. Ona na to ok, ok i znowu po włosku. Ja się denerwuję i ponownie powtarzam. Po włosku nie rozumiem. A ona pyta czy w takim razie po hiszpańsku? Ja na to, że trochę tak. Ona się ucieszyła i zaczęła po hiszpańsku tłumaczyć, że mamy anulować rezerwację. Filou na to, że za anulowanie musi płacić karę, ona na to, że za karę nam zwróci w gotówce, ale mamy anulować i sobie znaleźć coś innego…

Dalsze poszukiwania i pomoc Pakistańczyka

Siedzieliśmy tak na schodach. Kolega Pakistańczyk i dwóch innych się do nas dołączyli i zastanawiali co z nami zrobić.  Pytaliśmy w dwóch innych hostelach, ale wszystko zamknięte. Dzwoniliśmy do kilku hoteli, ale w sobotę wieczór żaden nie miał miejsca. W końcu Pakistańczyk znalazł jakiś numer w którym mieli miejsce i nocleg kosztował 50€ za pokój. Ok, nie mamy chyba wyboru. Idziemy. Całą trojką docieramy do hotelu. Tam bardzo ekskluzywnie. Kurcze, super hotel jak na taką cenę. Mówię panu z recepcji, że przed chwilą rozmawiał z kolegą Pakistańczykiem i podobno ma wolny pokój, on że tak, i że kosztuje 75€. „Jak to? Mówił Pan koledze że 50€!” mówię, „bo on pytał o pokój dla jednej osoby” – odpowiedział. No pięknie nie zrozumieli się. Próbuje negocjować z panem z recepcji, ale udaje się zejść tylko do 60€. Kurde, no nie. Nie zapłacimy tyle za kilka godzin snu. Ja chcę się tylko położyć i o 6:00 wstajemy. Zdecydowałam, że musimy znaleźć coś innego. Poszliśmy do hotelu obok. Hotel dwie gwiazdki. Przed wejściem mnóstwo ludzi alkoholizujących się i głośno rozmawiających. No tak, w końcu sobota wieczór. Hotel bardzo nietypowy. Wszędzie figurki świętych i stare obrazki. Pytamy o pokój. Mówią, że 60€ z łazienką w środku. Tłumaczę, że chcemy coś najtańszego, na to pan, że w takim razie pokój za 35€ z łazienką i ubikacją na korytarzu. Ok, super, bierzemy.

Hotel Mignon, który wcale nie jest mignon „uroczy”

Pokój był nieco przerażający. U Lisy to był pałac w porównaniu z tym co tu zastaliśmy. Ściany chyba z kartonu. Słychać było wszystko co sąsiedzi oglądali w TV. Z ulicy hałas, dziura w szafie, ale za to dali jeden ręcznik i jedną poduszkę bez poszewki. I tak nieźle. To pewnie za to dostali dwie gwiazdki. Na przeciwko pokoju była wspólna łazienka z kibelkiem, w której śmierdziało moczem. Przesuwane drewniane drzwi. O kurcze, czuję się jak na filmie, który niekoniecznie dobrze się kończy. Zamknęliśmy się w pokoju od wewnątrz i próbowaliśmy zasnąć, ale chyba żadno z nas nie mogło tak naprawdę zmrużyć oka. Wydarzenia z całego dnia, brak kolacji, picia, zmęczenie, hałas z ulicy, głośno chodzące telewizory sąsiadów nie pomagały. W nocy ktoś pukał od drzwi do drzwi nie wiem po co. Wstaliśmy o 6:00, aby spróbować wziąć prysznic. Bałam się iść sama do tej łazienki, żeby nikt mi nie wszedł. Ubrałam tenisówki i się w nich kąpałam, bo stan prysznica nie zachęcał. Kiedy braliśmy prysznic, pierwszy od trzech dni, ktoś zaczął walić do drzwi. „Chwila, chwila!” krzyczał Filou. Na pół wysuszeni wyszliśmy z łazienki, a tam jakaś kobieta z mężczyzną nas wyzwali i popatrzyli z pogardą. Wtedy Filou pięknie powiedział „kurwa mać!” i już się nie odezwali. Co jak co, ale polskie przekleństwa muszą brzmieć dosadnie, na pewno dosadniej niż melodyjne francuskie putain (putę).

Opuściliśmy hotel i prosto poszliśmy szukać naszego autokaru do Polski.

Autokarem z Neapolu do Polski

Znaleźliśmy parking z autobusami dalekobieżnymi, ale nie było widać ani słychać żadnych Polaków. Hmm dziwne, w Paryżu są ich całe chmary, a tu nikogo. Może to nie tutaj? Zapytaliśmy jakiegoś włoskiego kierowcę, który potwierdził, że to dobre miejsce. Po chwili przyszła Pani ubrana w strój pilota firmy Sindbad i rozmawiała po polsku. Już nie pamiętam, kiedy tak bardzo się ucieszyłam słysząc polski, miałam ochotę ją uściskać. „Czy tutaj będzie autokar do Krakowa?” – zapytałam. Ona powiedziała, że tak. Zaraz potem nadjechał autokar, a Pani nawet nie zapytała nas o nazwiska tylko wręczyła nam nasze bilety. Hmm skąd wiedziała kim jesteśmy? Po wejściu do autobusu okazało się, że jesteśmy jedynymi pasażerami jadącymi z Neapolu. Hahah nic dziwnego, kto by tu chciał mieszkać?

autokar Sindbad - powrót z Neapolu do Polski
Szczęśliwi, że wracamy do Polski – autokar Sindbad

Siedząc już w autobusie, zamówiliśmy herbatę, żeby w końcu na spokojnie zjeść śniadanie. Po chwili przyszła sympatyczna Pani pilot przepraszając, że nie wie dlaczego, ale automat do grzania wody się nie włączył i że gorąca woda będzie za 10 min. Ja nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać. Pani zdziwiona na mnie patrzyła, a ja na to: „Pani kochana, wcale mnie to nie dziwi, od wczoraj mamy same przygody, więc to że automat się nie włączył to akurat najmniejszy problem. Poczekamy 10 min na herbatę :)”.

Dotarliśmy do domu bez przygód, za to martwiliśmy się o samochód, który został na teoretycznie darmowym parkingu. Filou po niego poszedł. No i oczywiście, obawy się spełniły, za szybą karteczka od straży miejskiej, z informacją, że moje prawe koło stojąc na trawniku zniszczyło mienie publiczne. Koniecznie trzeba było się stawić trzy dni temu i się wytłumaczyć. Cholera, myślę sobie, znowu będzie mandat. Na szczęście pan ze straży miejskiej był tak uprzejmy i skończyło się na pouczeniu. Uważajcie, gdzie wasze koła stoją :)

5 myśli nt. „Neapolitańskie przygody”

          1. Cieszę się że udało mi się odnaleźć stronę :) Świetna!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *