Panda - Chengdu - Chiny

Odkrywanie Chin

12/05/2015

Właśnie siedzimy w ciężarówce cysternie, czekamy, aż ruch ponownie ruszy. Czekamy już półtora godziny i nie wiem jak długo jeszcze będziemy tak siedzieć. Jest już ciemno. Na szczęście pan kierowca jest fajny, inteligentny i dobrze gra w pantomimę.

Kierowca cysterny - autostop Chiny
Kierowca cysterny – autostop Chiny

Ale może od początku. Dzisiaj właśnie mija tydzień odkąd opuściliśmy Nepal. W sumie to nawet nie wiedzieliśmy czy go opuścimy. Nasz lot nie wyświetlał się na tablicy odlotów i nikt nic nie wiedział. Wsadzili nas w późniejszy samolot do Lhasy a nie Chengdu, po czym w trakcie lotu stwierdzili, że jednak lecimy do Chengdu. Niczego nie zrozumieliśmy, ale dolecieliśmy szybciej późniejszym lotem niż byśmy przylecieli naszym planowanym.

Nie mieliśmy pojęcia czego spodziewać się po Chinach. Jaka pogoda i co warto zwiedzać? Przylecieliśmy do Chengdu w prowincji Sichuan i tu szok. Duże, nowoczesne miasto, z mnóstwem wieżowców, szerokie asfaltowe drogi, super samochody, galerie handlowe co 500 metrów i elektryczne skutery nie robiące żadnego hałasu! Cicho i spokojnie w porównaniu z burzliwym Delhi czy Kathmandu (Katmandu).

Po raz pierwszy od dawna widzę szorty i spódniczki :p gołe nogi? Co za obnażanie :p Chinki są bardzo eleganckie, nawet w górach noszą obcasy, albo buty na koturnie, spódniczki i torebeczki.

Chinki w Emeishan Park
Chinki w Emeishan Park

Czuję, że przez mój pobyt w Chinach, pantomimę opracuję do perfekcji. Otóż w regionie Sichuan prawie nikt nie mówi po angielsku. Nawet „yes” i „no” nie rozumieją. Oczywiście, z chęcią nauczyłabym się chińskiego gdyby nie fakt, że tego języka nawet przy najszczerszych chęciach nie da się nauczyć, poza wyjątkami… Po kilku godzinach nauki „do widzenia”, dałam sobie spokój, gdyż pewna Chinka powiedziała, że i tak nie da się mnie zrozumieć więc lepiej żebym po prostu pomachała ręka wychodząc ze sklepu :)

Może z „do widzenia” nie osiągnęłam sukcesu, za to udało mi się nauczyć i być zrozumianą kiedy pytam o toaletę! Huraa, już nie muszę się kompromitować i udawać, że sikam, żeby ktoś mi wskazał ubikację! Bo trzeba wiedzieć, że w Chinach wszystko, ale to wszystko nazywa się inaczej niż w innych krajach. Słowa international (międzynarodowe) po prostu tutaj nie istnieją. Więc słowa jak „toilet” czy „internet” nikt nie rozumie. Po raz pierwszy usłyszałam pytanie „a co to Internet”?? Yyy jak wytłumaczyć skoro Facebooka ani Google nie używają? Tak, trzeba być bardzo pomysłowym, żeby się dogadać.

Pandy koło Chengdu

Panda - Chengdu - Chiny
Panda – Chengdu

Już w drugi dzień mojego pobytu pojechałam z couchsurferami oglądać pandy nie daleko Chengdu (sama, bo Filou wolał spać). Bardzo wcześnie, koło 6:00 rano, bo pandy nie należą do najżywszych zwierząt na świecie więc jak już zjedzą swoje bambusowe śniadanko śpią i śpią i nie ma czego oglądać. Dlatego trzeba przyjść wcześnie rano, żeby trafić na ich śniadanko. A jest co oglądać, bo są przesłodkie. Przynajmniej z daleka :)

Internet w Chinach

Kompletnie, ale to kompletnie zapomniałam, że Facebook jest tu zablokowany. Nic nie szkodzi. Ściągniemy aplikację z VPN i będzie działał, myśleliśmy. Zonk, bo mamy Android a Google tu też nie działa więc ani Gmail ani nic, co należy do Google! Ze ściągnięciem jakiejkolwiek aplikacji jest problem! Aaaa jak tu funkcjonować? Jak się z kimś skontaktować? Jak poruszać po mieście? Trzeba bardzo się nakombinować, ale i tak sukces niegwarantowany… Najlepiej mieć tu Apple, ale ostatnią wersję, bo aplikacje na starszych nie funkcjonują tak jak na naszym Iphone3GS…

Chińska kuchnia

Przez pierwsze 2 dni myśleliśmy, że umrzemy z głodu. Na pierwszy posiłek poszliśmy do Burger King, na drugi do McDonald. Cholera, jak nie zaczniemy jeść chińskiej kuchni to zbankrutujemy po tygodniu! (wszelka żywność zachodnia jest bardzo droga, a chińska bardzo tania).

chińskie danie - Chiny
Nasze ulubione chińskie danie – pieprz z wieprzowiną

Najgorsze, że nie wie się, co się zamawia. W lokalnych knajpach nie mają angielskiego menu więc chodzimy do kuchni, żeby zobaczyć składniki, albo patrzymy, co ludzie mają na talerzach, albo zamawiamy na ślepo. Więc albo się trafi coś dobrego, albo nie. Aaaa i moje pierwsze wyrażenie jakiego się nauczyłam to „bujao la” (bez chili) i o dziwo nawet mnie rozumieją :)

Nasze pierwsze posiłki były porażką. Jedliśmy, byle coś jeść, ale bez żadnej przyjemności. Co na śniadanie? Przecież nie będziemy zaczynać dnia od ryżu? Więc zaczęliśmy kupować jakieś ciastka i jakieś „francuskie” bułeczki w supermarketach. Przynajmniej da się zjeść.

Do obiadu najczęściej podają gorąca wodę. Wodę do picia, nie do umycia rąk jak początkowo myślał Filou :p

Teraz już nawet sobie radzimy jedzeniowo. Zamawiamy miseczki ryżu (jedną za około 2 yuany) i najczęściej można się częstować do woli) i danie na 2 osoby (pomiędzy 15 a 25 yuanów) mięsko z warzywami, albo same warzywa.

Karaoke

Wszyscy w Europie znają karaoke, ale czy wszyscy wiedzą, że karaoke wywodzi się z Azji (dokładnie mówiąc z Japonii). To właśnie tutaj wszyscy uprawiają ten narodowy „sport”. Co weekend, i nie tylko, Chińczycy chodzą do barów, albo parków gdzie można śpiewać z ekranem. W Chengdu trafiliśmy na rozśpiewany park. Ile tu koncertów, myśleliśmy początkowo, ale nie, co jakieś 5 metrów stał stolik z ekranem i ktoś z mikrofonem krzyczy, tzn. próbuje śpiewać, wniebogłosy. Nieważne, że nikt tego nie słucha, że pan/pani przyszedł sam i że 5 metrów dalej ktoś go zagłusza swoim krzykiem. Pewnie nasi chińscy piosenkarze nawet tego nie słyszą, tak są skoncentrowani na swoim wykonaniu :)

Autostopem przez Chiny

Chcemy do Leshan, do świątyni skalnej Buddy. Kto chce być naszym pierwszym chińskim stopem? Kto chce? Voilà, nasz pierwszy stop. Jest nim młoda Chinka w czerwonej mini spódniczce i białej obcisłej bluzeczce z obcasami. Zatrzymuje się na środku autostrady, bo, po co używać pobocza i nie mówi ani słowa po angielsku. Oczywiście musimy jej pokazać na naszej chińskiej aplikacji (Du) gdzie jedziemy, bo nasz wysiłek wymówienia poprawnie nazwy miasta jest daremny.

W samochodzie pani słucha muzyki, po chwili słyszę coś, co brzmi jak polskie disco polo. Śmieję się sama do siebie, bo przecież Filou nie zna i po chwili krzyczę, ze to JEST Polskie Disco Polo!!!

Pani nie jedzie, aż do Leshan. Zatrzymuje się i postanawia złapać dla nas stopa. Nie wiem czy to jej spódniczka, wdzięk osobisty czy po prostu szczęście, ale muszę powiedzieć, że jest bardzo skuteczna! Zatrzymuje nam 2 samochody w ciągu 5 minut w tym jednego pana, który nas podwozi pod samo wejście do świątyni:)

Stop w Chinach działa aczkolwiek ludzie nie rozumieją, dlaczego stoisz na drodze. Czasami chcą pieniądze, ale w większości przypadków o nie nie proszą.

Dzisiaj mieliśmy jedną nieprzyjemną sytuację i pierwszą w moim stopowym doświadczeniu, że kierowca wymaga od nas pieniędzy po przejechaniu odległości (w naszym przypadku 8 km), zamyka drzwi, mój plecak w bagażniku, my w środku, ale okna otwarte. Pan ani słowa po angielsku więc moje „no money” mogę sobie wsadzić głęboko, mówię „za darmo” po chińsku, tzn. tak mi się wydaje, ale pewnie źle wymawiam więc i tak mnie nie rozumie. Na początku odpowiadam grzecznie z uśmiechem pokazując puste kieszenie, pan nalega i robi się nieprzyjemny. Ja powoli podnoszę glos, chce wysiąść, ale drzwi zamknięte więc zaczynam na niego krzyczeć, bo przecież okna otwarte, a pewnie nie chce mieć problemów, szczególnie z turystami i mój cel osiągnięty! Pan wyrzuca nas z samochodu, ale z plecakami. Dupek, idziemy łapać kolejnego stopa.

Chińska uprzejmość

Jak już mówiłam, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po Chinach ani Chińczykach. Jestem naprawdę pod wrażeniem jak bardzo są mili i pomocni. Nawet, jeżeli nie mówią po angielsku to dwoją się i troją żeby nam pomoc.

Podwożą gdzie chcemy nawet jeśli nie mają po drodze i zaprowadzą jeżeli nie potrafią wytłumaczyć gdzie iść. Szczególnie na wzmiankę zasługuje rodzina z okolic Leshan, która nas zawiozła specjalnie dla nas, około 35 km pod samo wejście do parku w Emeishan, tylko dlatego, że wiedzieli, że nie ma już autobusów, a zbliża się wieczór.

Park Emeishan – prowincja Sichuan

A raczej park 1000000 schodów. Nie wiem ile schodów tu mają, ale chyba w ciągu całego mojego życia nie weszłam po tylu schodach, co tutaj.

Schody w Emeishan Park - Chiny
Schody w Emeishan Park

Ktoś nam polecił ten park, obejrzeliśmy kilka zdjęć na Internecie. Wyglądał zachęcająco. Postanawiamy jechać. Park znajduje się z jakieś 35 km od Leshan i około 150 km na południowy zachód od Chengdu. Kupujemy jakieś brioszki na śniadania, bo pewnie zostaniemy z jakieś 2, 3 dni, a nie wiemy czy w parku można coś kupić, a jak można to pewnie tylko ryż… Pytamy się miejscowych czy można spać pod namiotem. Mówią, ze nie ma problemu. Co tam można zobaczyć? Podobno jakieś świątynie, bo podobno to park słynący z buddyjskich świątyń. Mont Omei to jedna z 4 świętych gór w Chinach.

Oczywiście nie widać żadnej mapy. Trudno, może znajdzie się coś po drodze. Do Emeishan przybywamy już o zmroku. Znajdujemy jakiś skrawek płaskiej ziemi z jakieś 10 min od bramy wejściowej pomiędzy stolikami do sprzedaży pamiątek a ubikacją dla turystów.

namiot - Emeishan Park - Chiny
Nasz namiot przy drodze do ubikacji – Emeishan Park

Rano okazuje się, że jesteśmy blisko parkingu dla autokarów więc setki turystów przechodziło koło naszego namiotu dziwiąc się co on tu robi i kto jest w środku?

Bilety kupuje się jak już się minie świątynię Fuhu (płatna 6 yuanów). Przy kasie mamy niemiłą niespodziankę. Bilet kosztuje 185 yuanów (około 30€)! Próbuję kupić bilety studenckie, ale niestety nasze „studenckie” legitymacje, (czyli bilety miesięczne na metro) tym razem nie działają. Pani w okienku mimo, że nie mówi po angielsku, ani po francusku doszukuje się czegoś co przypomina słowo „university” , wyciąga swojego smartphona i próbuje coś wyszukać, woła swoich dwóch kolegów, którzy też nie mówią nic a nic po angielsku, ale znają kogoś kto mówi, więc dzwonią, wysyłają zdjęcia. Ostatecznie kupujemy bilety za 185 yuanow. Na szczęście mamy namiot, bo noc, nawet w monasterium, kosztuje ponad 100 yuanow.

Park jest bardzo turystyczny, ale są ładne miejsca do zobaczenia i czasami jest mniej turystów. Jest tu wiele świątyń i w większości z nich można dostać darmowy wrzątek. My robiliśmy sobie herbatę, albo czekaliśmy, aż woda wystygnie żeby ją pić (podobno, woda z rzeki czy kranu nie jest do picia).

Jedzenie może być, ale jest droższe niż poza parkiem. Żeby przejść cały park potrzeba minimum 3 dni. Mapę znaleźliśmy na ścianie jednego z hoteli, zrobiliśmy zdjęcie i w ten sposób mieliśmy jakiekolwiek rozeznanie.

Mapa Emeishan Park
Mapa Emeishan Park

My szliśmy od centrum Emeishan (niedaleko dworca autobusowego) przez świątynie Fuhu w kierunku Guangfu Temple, następnie kierowaliśmy się w kierunku Xianfeng Temple (1752 m n.p.m.) do Jiulinggang. Stamtąd już w stronę szczytu Wanfo Summit (3099 m n.p.m.). Od około 2400 m n.p.m. robi się chłodno, więc trzeba się zaopatrzyć w coś ciepłego.

Z powrotem schodziliśmy do Jiulinggang, następnie przez Huayan Summit w stronę Wannian Temple aż do Guangfu Temple. Żeby wyjść z parku kierowaliśmy się w stronę Sinon Japanese poetry pavillon i potem wyszliśmy od strony jeziora. Po wyjściu z parku złapaliśmy stopa do centrum, bo od parku do centrum prowadzi asfaltowa nieciekawa droga około 10 km.

Park słynie również z obecności małp. Wszyscy straszą tymi zwierzętami. W całym parku można spotkać tabliczki z ostrzeżeniem przed agresywnymi małpami. Wszędzie można kupić kije bambusowe lub proce, żeby się przed nimi obronić. Przyznam, że mnie też trochę nimi nastraszyli. Może faktycznie małpy chińskie są agresywne? Okazuje się, że chińskie małpy, podobnie jak indyjskie, nic nikomu nie robią jak się ich nie rusza i nie pokazuje jedzenia. W każdym razie, spotkaliśmy mnóstwo wystraszonych Chińczyków z bambusowymi kijami.

Kosz na śmieci w Emeishan Park - Chiny
Kosz na śmieci ze strasznymi małpkami – Emeishan Park

Nie wiem czy spanie w Chinach w namiocie jest popularne, ale jak kogoś zapytamy gdzie się można rozbić, to najczęściej znajdą nam fajne miejsce bez zastanowienia.

Emeishan Park - Chiny
Spanie koło małp – Emeishan Park

Naszą pierwszą noc w parku spędziliśmy przy opuszczonej chatce z jakieś 30 min od Hongchunping (1120 m n.p.m.) mieliśmy dach nad namiotem, ławeczkę, ubikację i ładny widok. Drugą noc rozbiliśmy się prawie pod samym szczytem. We mgle, jakiś pan wskazał nam boisko do koszykówki, schowane od oczu ludzkich. Było to już na 3000 m n.p.m. było bardzo zimno na zewnątrz.

Na górę można się dostać autobusem a potem kolejką i podobnie z góry zejść. Autobus z Leidongping kosztuje 50 yuanow. Nie wiem czy tyle samo kosztuje wjazd. My przeszliśmy park na piechotę.

Hotel czy raj na ziemi?

Po 3 dniach nie mycia się chcieliśmy wziąć prysznic, ale jak się zapytaliśmy, w którymś z hoteli o prysznic to się nie zgodzili. Poszliśmy więc do hotelu za 60 yuanów (wynegocjowane z 80).

hotel - Emeishan - Chiny
Nasz najlepszy chiński hotel – Emeishan

O takim pokoju nawet nie marzyliśmy. Dwa ogromne łóżka, co najmniej dla 4 osób, gorący prysznic, szczoteczki do zębów, mini pasty, grzebienie, ręczniki, czajnik do wody, kubeczki na herbatę, klapki pod prysznic, Internet i telewizor. Szaleństwo!!! Wyszorowaliśmy się do porządku, zrobiłam pranie. Jesteśmy gotowi na Xinduqiao.

Kolacja w Emeishan- Chiny
Kolacja w Emeishan po 3 dniach zupek

W stronę Xinduqiao

autostop - Chiny
Przed cysterną z kierowcą autostopu

Nasza cysterna ruszyła. Jest 22:30 po 2,5 godzinach przymusowego postoju w końcu jedziemy. Jedziemy do Xiaduqiao jednego z buddyjskich miasteczek.

Podobno bardzo ładne i niedaleko Tybetu. Tyle, że droga już nie jest asfaltowa i szeroka, ale jakaś piaszczysto kamienista i ruch jest tu wahadłowy jakieś 30 km od Ya’an. A czeka nas jeszcze jakieś 200 km. Na tej drodze G318 są prawie same tiry, bo to właściwie jedyna droga łącząca Chiny i Tybet od strony wschodniej (Shanghaj (Szanghaj) przez Ya’an do Lhasy)

Droga G318 - Chiny
Droga G318 – Chiny

Niewiele osobówek wybiera się w tą stronę. Ruch jest wahadłowy, więc czasami lewa strona czeka ponad 2 godziny, a czasami prawa, a jak już jedziesz to jedziesz z 10km/h więc jestem naprawdę ciekawa za ile godzin tudzież dni dojedziemy i przejedziemy 200 km :p

Jest już 9:30 13/04 a my dalej w drodze. Przez 15 godzin zrobiliśmy jakieś 150 km! To nawet w Nepalu było szybciej :p, ale trzeba odjąć 6 godzin kolejnego wahadłowego postoju. Pan kierowca odstąpił mi swoja półkę do spania. Dostałam nawet kołderkę, a Filou tym samym zyskał jedno siedzenie więcej. Pan kierowca bardzo o nas dba. Mamy wody pod dostatkiem, ciasteczka, pepsi i ładowanie telefonu. Niestety za niedługo nasze drogi się rozchodzą więc ostatnie 80 km trzeba będzie pokonać jakimś innym tirem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *