Święta krowa - Delhi

Pierwsze zetknięcie z Indiami i święto Holi

5 marca
Wysiadam z samolotu w New Delhi, nowiutkie lotnisko, nowiutkie metro. Słyszałam, ze północ Indii jest bogata a południe biedne. Pewnie New Delhi to nowoczesne miasto myślałam, zanim tu przyleciałam, ale jednak rzeczywistość jest całkowicie inna.

Wychodzę z metra i widzę już prawdziwe Indie. Klaksony, riksze, pełno ludzi na ulicach, straszny hałas, cos ktoś od ciebie chce, wszyscy na ciebie patrzą. A przechodzenie w Indiach przez ulic powinno być zaliczane do sportów wysokiego ryzyka, gorzej niż w Teheranie! Hotel jest bardzo blisko. Trzeba przejść tylko przez dworzec kolejowy. Ale to nie takie proste, bo mnóstwo ludzi, ktoś krzyczy, że nie ma przejścia, ktoś pokazuje mi złą drogę, straszny zamęt szczególnie przed świętem Holi zwanym tez festiwalem kolorów lub festiwalem miłości. Chcę obejść w końcu dworzec do okoła, ale podobno nie można. Jednak idę i trafiam na policję, która zgadza się mnie puścić zakazanym dla wchodzących po schodach ludzi (dozwolone było jedynie schodzenie).

Delhi nocą
Delhi nocą

Idę jakąś główną ulicą Main Bazar, trzeba być bardzo skoncentrowanym, uwaga na skutery, riksze, samochody, przechodniów, psy, krowy, odpowiadać, że już się ma hotel, i że wcale nie chcesz kupić tego czy owego. Wchodzę w jakąś wąziutką uliczkę, pomiędzy uliczną restauracją a pisuarami stojącymi koło siebie gdzie śmierdzi moczem i pachnie pieczonym mięsem, zastanawiając się czy ten odstęp pomiędzy budynkami w ogóle może uchodzić za uliczkę? Po chwili znajduję hotel.

Farby na święto holi
Farby na święto holi

Hotel na zdjęciach wyglądał bardzo dobrze, ale rzeczywistość trochę inna. W pokoju śmierdzi wilgocią, ciemno, bo okna pozasuwane (to nawet dobrze, bo przynajmniej nie ma owadów), łazienka brudna, w opłakanym stanie, brak ciepłej wody i wiadro z kranem zamiast prysznica.

Po miesiącu spotykam się z Filou. Jakiś nie w sosie, wstrząśnięty tym, co tu widział czekając na mnie. Ja jeszcze nie zdaję sobie za bardzo sprawy, bo przyjechałam w nocy i nigdzie nie chodziłam. Idziemy cos zjeść, kupujemy farby na jutrzejsze święto, po czym kładziemy się spać, żeby rano wstać na Holi. Niestety noc ciężka, ktoś w hotelu woła o pomoc nie wiadomo czemu? później słychać szczekanie psa i krzyki jakiegoś mężczyzny, ktoś cały czas biega po schodach, na ulicy trąbienie, a nad ranem charkanie i spluwanie nie wiadomo czego przez jakichś mężczyzn.

Święto Holi

Rano wstajemy z trudem. Ubieramy się w nasze uprzednio przygotowane ubrania do zbrudzenia, bo podobno wysmarowywujemy się farbami, idziemy na miasto przygotowani.

Święto holi - Indie
Święto holi

Na ulicy rozczarowanie. Nie ma żadnej defilady, pan z hotelu mówił, że święto się zaczyna o 8:00. A tu nikogo nie ma? Od czasu do czasu ktoś podejdzie krzycząc „happy holi” i nałoży ci farbę kciukiem na czoło i policzki. Chodzimy tak z godzinę po mieście szukając jakiegoś centrum celebracji, ale podobno nic takiego nie ma, że niby dopiero wieczorem. Spacerujemy dalej od czasu do czasu z kimś wysmarowujemy się farbą krzycząc ponownie „happy holi”.

Wszystko pozamykane, o dziwo mało ludzi na ulicy. Mamy czas na trochę zwiedzania. Chodzę tak po ulicy i czuję, że wcale mi się tu nie podoba… Ludzie leżą, śpią lub siedzą na chodnikach, ktoś próbuje przejść przez ulicę, ale pod wpływem jakiegoś narkotyku, gdzieś indziej policjant uderza kijem po nogach jakiegoś mężczyznę, który przeszkadzał innemu i ten ciągły hałas.

Balerinki w czasie holi
Balerinki w czasie holi

Nie wiem czy tak wyglądają Indie czy tylko New Delhi, ale tego w stolicy się nie spodziewałam. Myślałam, że stolica będzie przypominać Europę, a że dopiero na południu coś się zmieni. Nie sądziłam też, że będę ja również wstrząśnięta i zniesmaczona tym, co widziałam.

Wchodzimy w jakąś małą uliczkę, ktoś tańczy na dachu świętując. Spotykamy innych ludzi ubabranych farbą. Jest tu ich więcej niż gdzie indziej. Jakaś grupa nas dopada smarując nas kolorami, za chwilę kolejna, ktoś leje wiadrem wodę z balkonu, ktoś w nas rzuca wodne woreczki, farby robią się nieprzyjemne, mam już je w ustach i w uszach.

Na dachu hotelu - Święto holi
Na dachu hotelu – Święto holi

Grupa nie przestaje, sypią po głowie, na ciebie, pod sweter. Nie wiesz już czy to tradycja czy głupia zabawa… Ktoś nas ciągnie żeby nas wydostać z tej grupy, udaje nam się pójść. Na pożegnanie dostajemy wodnymi woreczkami w plecy. Kierujemy się w stronę hotelu, jeszcze kilka razy napotykamy się na różne grupy, dlaczego są tu tylko mężczyźni albo chłopcy? Czyżby kobiety nie świętowały Holi? Po wysmarowaniu cię farba ściskają cię. Jedni korzystają, żeby uszczypnąć w tyłek albo złapać za pierś. Już mi się nie podoba. Robi się agresywnie. Wracamy pod hotel. Pod hotelem inni turyści, nikt już się nie wypuszcza na główną drogę, pod hotelem też nie wiesz, co cię czeka, z balkonów leci kilka wiader wody, przypomina mi to śmigus-dyngus, znowu podchodzi grupa facetów z farbami lub kolorowym sprayem. Jesteśmy jak murzyni, widać nam tylko białka oczu i zęby. Ktoś robi nam zdjęcia ustawia, żebyśmy pozowały wraz z innymi turystkami. Proszę o przesłanie zdjęć skoro już mamy prywatnego fotografa. Po pewnym czasie wszyscy turyści wchodzą do hotelu, mamy już dość tego święta. Wpadamy na pomysł, żeby iść na taraso-dach i tam spędzić dzień jak uchodźcy chroniący się przed wojną. Potem próbujemy zmywać z siebie farby, ale one wcale nie chcą zejść. Więc chodzimy jeszcze różowo-zielono-żółci przez następne dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *