Plaża Ermitage na Reunion

Polka w tropikach

Czekałam ponad trzy miesiące, żeby napisać coś o Reunionie. Gdybym pisała w pierwszym miesiącu mojego pobytu, czyli w marcu, byłoby to tylko zrzędzenie i narzekanie.

Czekałam zatem, żeby zobaczyć czy coś się zmieni, czy moje odczucia w końcu będą inne.

Przyjechałam na Reunion z początkiem marca 2016, kiedy panowało tu jeszcze lato, czyli pora deszczowa. Pory deszczowej za bardzo nie widziałam, bo może padało porządnie tylko ze dwa razy, ale za to lato dobrze dało mi się we znaki. 35oC prawie, że codziennie spadające może do 29oC wieczorem. Także mój pierwszy miesiąc spędziłam w naszym wynajmowanym pokoju w domu taty naszego kolegi non stop pod klimatyzacją. Upał tak mnie męczył, że chciało ciągle mi się spać i unikać jakiegokolwiek ruchu. W taki o to sposób przez pierwszy miesiąc tylko marudziłam, bo jak tu coś zwiedzać, jak nawet w cieniu nie da się wytrzymać, jak tu szukać pracy, kiedy nie można nawet myśleć, jak tu funkcjonować, kiedy 24h/24 czuje się ciągłe zmęczenie? Dla mnie pierwszy miesiąc był stratą czasu, ludzie mówią, że do upału można się przyzwyczaić, ale czy mój polski organizm, lubiący zimno, też? Tego nie jestem taka pewna… Na szczęście, w domu, w którym mieszkamy jest basen więc można było do niego wskoczyć i się ochłodzić chociaż na chwilkę.

Kolejna rzecz jaka mnie bardzo zraziła na początku, to przestrzeganie mnie przez miejscowych przed kreolską ludnością (przed innymi miejscowymi). „Absolutnie nie wolno Ci wychodzić samej na ulicę, bo jesteś biała z’oreille (tak się nazywa przyjezdnych). Nie wszyscy są mili i dobrzy”. Byłam tak wiele razy przestrzegana, że zaczęłam naprawdę się bać i unikać miejscowych, czego wręcz przeciwnie zawsze szukam w moich podróżach. Musiałam sobie powiedzieć, że przecież nie mogę tak myśleć, nie mogę myśleć, że każdy kreol coś chce mi złego zrobić, tym bardziej, że ludzie których spotkałam, miejscowi okazali się w większości bardzo życzliwi i pomocni.

Nie będę teraz opisywać wszystkich moich negatywnych odczuć, które doznałam na początku mojego pobytu, bo to nie jest celem tego wpisu, chcę tylko powiedzieć, że początek był bardzo trudny, dla kogoś, kto nie zna mętalności wyspiarskiej, ani absolutnie tutejszych zwyczajów.

Kolejne dwa miesiące było znośne, a nawet dobre. Tak wiem, pewnie myślicie sobie, jak ktoś może wypowiadać słowo „znośne” mieszkając pod palmami i z widokiem na ocean? Ale ciągle powtarzam inaczej jest przyjechać na wakacje a inaczej gdzieś zamieszkać.

Po  pierwszym miesiącu zaczęłam poznawać kilka osób, głównie innych z’oreilles, temperatura zaczęła nieco spadać i zaczęłam trochę zwiedzać, co pozwoliło mi zobaczyć, jak bardzo Reunion jest piękny i różnorodny. Tak jak w pierwszym miesiącu chciałam kupić jak najszybciej bilet powrotny, tak w kwietniu i maju zaczęłam czuć, że chciałabym tu zostać chociaż rok, tak jak na początku planowałam.

Co jest dla mnie bardzo dziwne, to to, że kraje azjatyckie, które zwiedziłam, miałam wrażenie poznać dosyć dobrze, w ciągu miesiąca. Z Reunion jest inaczej. Jestem tu już trzy miesiące, mówię po francusku, tak jak większość mieszkańców, co powinno mi ułatwić zrozumieniem, a jednak wyspa jest nadal dla mnie ogromną tajemnicą. Mimo to, że można ją objechać w ciągu kilku godzin, to żeby ją naprawdę poznać, trzeba ją przejść piechotą w każdą stronę, tam gdzie samochód nie dotrze. Różnorodność klimatyczna, przyrodznicza, kulturowa a nawet językowa jest tak duża, że nie sposób jest ją poznać w tak krótkim czasie.

Ciągle czekam, aż poczuję, że wiem coś więcej o Reunion, żeby Wam napisać o tutejszych zwyczajach, kulturze i przede wszystkim naturze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *