Łapanie stopa do Yazd

Próba opuszczenia Isfahanu i kierunek Yazd

Jest 23 luty, wstajemy wcześnie rano żeby jechać na stopa z Isfahanu do Yazd. Nasz isfahański kolega Aslan radzi, aby jechać autobusem na uniwersytet Horaskan i stamtąd już łapać stopa do Yazd. Koleżanka Aslana, Moly, która jest z Chin pojechała z nami, żeby nam potowarzyszyć. Wsiadamy w autobus, pokazuję panu kierowcy napisaną po persku w zeszycie nazwę uniwersytetu. Kierowca mówi, że to dobry autobus. Nikt nie pyta o bilet i też nie każe płacić, więc wsiadamy z wielkimi plecakami. Wszyscy na nas patrzą. Nie dość że białe to jeszcze z wielkimi plecakami. Po jakimś czasie dosiada się do nas pani, tłumaczy coś po persku, nie mamy pojęcia, co ona mówi. Potem kierowca wstaje coś pokazuje i każe czekać. Więc czekamy. Po jakichś 5 minutach woła nas, okazuje się, że musimy zmienić autobus. Kierowca zatrzymał dla nas dobry autobus, pożegnał się z nami, wytłumaczył kierowcy naszego nowego autobusu gdzie chcemy jechać i znowu nic nie płacąc wchodzimy do autobusu. Po jakichś 10 minutach wszyscy pasażerowie i kierowcy tłumaczą, że to tutaj! Musicie wysiadać. Kasia, że może byśmy podjechali jeszcze jedną stację. Ale ludzie pokazują uniwersytet przez szybę. Nie ma rady, trzeba wysiąść.

Żegnamy się z Moly, która idzie zobaczyć uczelnię, a my wyciągamy nasz karton z napisem Yazd i idziemy na drogę. Auta się zatrzymują, co minutę, czasami nawet robi się do nas kolejka. Niestety nikt nie jedzie do Yazd. Wszyscy chcą nas zawozić na dworzec autobusowy nie rozumiejąc, co to autostop, albo zatrzymują się jedynie po to, żeby zapytać skąd jesteśmy, lub też tylko, żeby życzyć nam udanego pobytu w Iranie. Tak jak 6 młodych dziewcząt jadących pięcioosobowym samochodem, które się zatrzymały i aż piszczały ze szczęścia i się przekrzykiwały jak nas zobaczyły. Where arrrreee yyyyooouuu frrooom!!!! Aaaaa aaaa aaaa, welcome to Irraaan!!!! Uuuuu aaaaa gdzie chcecie jechać?? Yazd!!!! Aaaaaa
Straszne larmo. Aż własnych myśli nie słyszałyśmy. W końcu zatrzymuje się jakiś samochód, który nas wysadza z jakieś 3 km dalej, eh myślałyśmy, że dalej, no, ale nic, jesteśmy przynajmniej na wylotówce. Próbujemy cos złapać tutaj. Auta znowu się zatrzymują, ale nikt nie opuszcza Isfahanu. Wszyscy o dziwo tutejsi… Stoimy tak z 5 min a tu nagle…. O nie! Znowu te wrzeszczące, piszczące dziewczyny!! Chyba za nami jeżdżą. Wynocha stąd mówimy do siebie i tak nie macie miejsca, jest was już 6, nie, czekaj, 7 w pięcioosobowym aucie! Zatrzymują się i ktoś wysiada! Nie wierzę! To Moly!!! Moly złapała je na stopa, żeby jeszcze raz się z nami pożegnać. Hehe szalona dziewczyna!

Po jakichś 30 rozmowach:
– Yazd?
– Na ( nie po persku)
Zatrzymuje się pan niemówiący po angielsku, ale znajduje sposób, dzwoni do kogoś, podaje Kasi telefon. Pani w telefonie mówi po angielsku. Hurra, mamy tłumacza:) Pani w telefonie podobno bardzo miła. Bardzo szczęśliwa, że może rozmawiać z turystami. Mówi, że kierowca to jej mąż, i że zawiezie nas do Yazd. Super, jesteśmy bardzo szczęśliwe. Po jakichś 10 km pan się zatrzymuje i znowu podaje Kasi telefon. Pyta czy jesteśmy głodne, czy chcemy coś pić? Kasia mówi, że Pani w telefonie, już się ubiera, za 10 min będzie gotowa. Bierze taksówkę i przyjeżdża to pojedziemy razem na wycieczkę do Yazdu. Wow, nie wierzymy własnym uszom. Chyba naprawdę jesteśmy tu atrakcją.

Nie wiadomo, czemu żadna taksówka nie przyjeżdża, a pan kierowca zawraca i tłumaczy, że wracamy do centrum po żonę. Jest już późno, 2,5 godziny odkąd wyszliśmy z domu, a my dalej w Isfahanie, ale dobra, zawiozą przynajmniej do Yazdu.

Pani wsiada do samochodu, bardzo ładna i młoda, potem się okazuje, ze ma 31 lat. Daje nam banany i czekoladki. Mówi, że jest niezmiernie szczęśliwa, że może z nami rozmawiać, nas poznać, pokazać nam Iran. Bahare, tak ma na imię żona kierowcy Morteza. Mówi po angielsku i francusku, pracowała przed ślubem, jako webdesiner, ale odkąd wyszła za mąż już nie pracuje, bo „my husband” jak to zawsze na niego mówiła, ma bardzo stresującą pracę więc nie chce, żeby oboje byli zestresowani.

Wyjeżdżamy za miasto, po czym pani mówi, że tutaj znajduje się ogród od jej teścia i pyta czy chcemy zobaczyć. Mówi, że bardzo ładny i że są konie. Jak usłyszałam „konie” to od razu chciałam pójść zobaczyć. Wyszliśmy z auta i zobaczyliśmy dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę. Dzieci pracowników ogrodu. Śliczne dzieciaczki, dopadłyśmy aparaty i zaczęłyśmy sesję zdjęciową.

Dzieci ogrodnika z farmy
Dzieci ogrodnika z farmy

Dziewczynce chyba się to podobało, bo specjalnie się nie ruszała, abyśmy mogły ją sfotografować. Bahare i jej mąż pokazali nam ogród z basenem i drzewami, po czym zaprowadzili nas do koni. Klacz i źrebak. Piękne, nieduże konie. Będąc przy koniach, ponownie widzimy nasza dwójkę dzieci, ale bardzo wystrojonych. Rodzice widząc gości z zagranicy przebrały dzieci w chyba najładniejsze ubrania. Urocze, :) rozpoczęłyśmy kolejną sesję zdjęciową.

Domowy kebab w irańskim ogrodzie

Mąż Bahare mówi, że zrobi kebab, żebyśmy coś jeszcze zjadły przed wyjazdem. Zapraszają nas więc do domu znajdującego się w ogrodzie, opowiadają jak przebiegł ich ślub, który miał miejsce właśnie w tym domu, rozmawiamy o ich zaaranżowanym spotkaniu i o wielu innych rzeczach. Mąż Bahare przygotowuje kebab i pozwala, abyśmy mu pomogły. Widzimy więc jak się robi prawdziwy, irański kebab, który nie ma nic wspólnego z europejskim kebabem.

Mąż nakłada mięso wcześniej przygotowane na długie metalowe szpice a potem to wszystko przysmaża na grillu. Następnie zasiadamy do przepysznego już gotowego kebaba serwowanego z ryżem, pieczonymi pomidorami, ziemniakami i tradycyjnym jogurtem (podobnym do kefiru lub zsiadłego mleka).
Po obiedzie pomagamy w sprzątnięciu naszego podłogowego stołu, na co Bahare nie chce się zgodzić, aż w końcu ulega ciesząc się, że się czuje się z nami tak swobodnie.

Po obiedzie Morteza mówi, że jego znajomy po nas przyjedzie, bo jedzie do Yazdu więc nas zabierze, ale ostatecznie okazuje się, że jednak nie jedzie, więc mąż Bahare dzwoni do chyba wszystkich znajomych, a podobno ma ich bardzo dużo, żeby się dowiedzieć czy ktoś nie mógłby nas zabrać. Nie umiejąc nikogo znaleźć, chcą nas wsadzić w autobus lub taksówkę proponując jej opłacenie, ale my kategorycznie odmawiamy, bo za ponad 300 km pewnie by zapłacili majątek. Mówią potem, że obiecali nas zawieźć więc nas zawiozą, na co też nie chcemy się zgodzić, bo to 3 godziny drogi w jedną stronę… Ostatecznie, Mortezie, udaje się znaleźć jakiegoś znajomego znajomego, który jedzie do Yazdu, i który może nas zabrać. Bahare i jej mąż zawożą nas na wylotówkę Isfahanu mówiąc, żebyśmy najpierw zobaczyły czy chcemy z tym kimś jechać, bo oni go nie znają, jeżeli nam się nie spodoba, to wsadzą nas w autobus.

Znajomy znajomego, którego imienia już nie pamiętam, był młody i wyglądał na normalnego mężczyznę, w samochodzie był jego kolega, który szeroko się do nas uśmiechał. Postanowiłyśmy, zatem jechać z nimi do Yazdu.

Długo żegnaliśmy się z Bahare i jej mężem, którzy bardzo się o nas martwili. Bahare, zapytała, czy wierzymy w siłę umysłu mówiąc, że ona wierzy i że od pewnego czasu tak głęboko pragnęła spotkać kogoś z zagranicy, żeby z nim porozmawiać po angielsku, żeby go ugościć w ich domu i pokazać Isfahan. Mówi, że my jesteśmy tymi osobami, na które tak bardzo czekała. Jak to mówiła, to tak ciepło się robiło na sercu.

W końcu do Yazdu?

Wsiadłyśmy do samochodu od znajomego znajomego. Okazuje się, że kierowca zna z jakieś 10 słów po angielsku a jego kolega zero i że nawet na migi nie potrafi. Kolega kierowcy był z tych, co myślą, że jak powtórzą 10 razy i głośniej zdanie w obcym dla nas języku, to w końcu zrozumiemy, ale niestety… Tak to nie działa.
Nasza komunikacja samochodowa była bardzo, ale to bardzo ograniczona.

Samochód rusza, ale zamiast w stronę Yazdu to jedziemy do centrum Isfahanu! Załamane, że znowu się tu wracamy i że już pewnie dzisiaj nie uda nam się wydostać z tego miasta, pytamy na migi, po co się wracamy? Coś chodzi o pieniądze, bankomat, tankowanie. Nie wiemy, o co chodzi, ale trudno.

Hurra, w końcu ruszamy już po raz trzeci. Jedziemy do Yazdu. Męczymy się przez jakieś 40 min, aby się porozumieć i zapytać skąd są i po co jadą do Yazdu, ale coś nie wychodzi. Chłopcy są oporni na migi i niekumaci, a kolega kierowcy wydaje się tak niekumaty, że aż denerwujący.

Po jakimś czasie mowa cos o imprezie, alkoholu. Nie wiemy, o co im chodzi, kiedy, gdzie, z kim? Czy nas zapraszają, czy opowiadają? Mamy, co najmniej 5 możliwych wersji interpretacji. Tłumaczymy, ze my dzisiaj szybko do Yazd. Nie jutro, dzisiaj. To wszystko na migi, znowu będzie nas wszystko bolało od tej „rozmowy”, a raczej gimnastyki.
Okazuje się w końcu, ze oni jednak chcą wracać do Isfahanu, pewnie na tę imprezę, więc mowa, że nas wsadzą w autobus. My nie rozumiejąc, czemu nagle zmieniają zdanie, wysiadamy z auta próbując jeszcze przed zmrokiem złapać stopa do Yazdu, a kierowca stoi na środku drogi i próbuje zatrzymywać autokary pokazując z daleka, 2 palce i machając prosto. Czyli: macie 2 wolne miejsca do Yazdu? Jak tak, to się zatrzymajcie. Byłam pod wrażeniem. Kierowca nalegał, żebyśmy czekały w aucie, bo przecież zimno, a on się zajmie zatrzymaniem autokaru. Udało się! W końcu jakiś autokar stanął. Kierowca samochodu kupił nam bilety i życzył udanej drogi. Trochę zdezorientowane wsiadłyśmy do autokaru. Dobra, chyba tym razem naprawdę jedziemy do Yazdu.

Autobusem do Yazdu

Wsiadając do autobusu wyznaczyłyśmy sobie misję: musimy znaleźć kogoś, kto nas przenocuje. W końcu za zimno, żeby tak pod namiotem.
Wchodzimy do autokaru, a tu ciemno i wszyscy śpią. Cholera, chyba lipa z noclegiem. Trudno, musimy zadzwonić do couchsurfera z Yazdu, który w prawdzie nie potwierdził, że nas przenocuje, ale była jakaś szansa.

Jakiś pan się obudził i się nami zainteresował. Zaczął rozmawiać z Kasią, która siedziała nie daleko. Potem następny pan się budzi. Dzwoni do kogoś, podaje mi telefon. Nie wiem, po co? Ktoś w telefonie mówi po angielsku, pyta się skąd jesteśmy, co robimy w Iranie, czy nam się tu podoba, co już zwiedziłyśmy, na koniec życzy udanego pobytu w jego kraju, po czym prosi o podanie do telefonu jego kuzyna ( pana, który podał mi telefon). Tamten, otrzymując z powrotem telefon, wypytuje, co mówiłam:)

Kasia prosi o pożyczenie telefonu pana, który jako pierwszy się nami zainteresował. Pan bardzo się cieszy, że może pomóc, czuje się chyba bardzo potrzebny. Połowa autobusu się nami interesuje, przekazują sobie z siedzenia na siedzenie informacje o nas. Bardzo to zabawne. Chcemy zadzwonić do chłopaka z Yazdu i go przekonać, żeby nas przenocował. Pan sam dzwoni i nie chce podać telefonu, cholera, co on mu mówi. Przecież chłopak z Yazdu nawet nie wie, kim jesteśmy! W końcu udaje się odebrać telefon. Couchsurfer się zgadza! Super, mamy nocleg. Wychodząc z autobusu prosimy o ponowne pożyczenie nam telefonu, tym razem kogoś innego. Panowie się prawie zabijają, żeby nam użyczyć telefonu. Okazuje się, ze już mają numer naszego couchsurfera!!! Skąd??? Pewnie w autobusie wszystko zostało przekazane, numer włącznie.

W końcu Yazd!

Nasz couchserfer po nas przyjeżdża i zawozi nie do domu, ale do jego prywatnego studia muzycznego, w którym to zostajemy na dwie noce. Bardzo fajne miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *