Kagbeni - Himalaje - Nepal

Trekking dookoła Annapurny – Circuit II Annapurna

23/04/2015 Muktinath – Kagbeni

Miałam nic nie pisać na temat circuit II dookoła Annapurny. Miało być prosto i pewnie nieciekawie. Tylko zejście i do Pokhara, ale jednak, trekking jest warty opisania.

Wyruszamy około 9:30 z Muktinath po dniu naszego odpoczynku. Nastawiamy się na schodzenie. Widoki są przepiękne. Idziemy do Kagbeni (2810 m n.p.m.) przez Puthak (region Mustang, ale na te tereny nie trzeba specjalnego pozwolenia). Trasa wydaje się bardzo prosta. Cztery godzinki schodzenia w dół w dodatku ładna pogoda. Widoki są kompletnie inne, niż te, które widzieliśmy wchodząc z drugiej strony gór. Tutaj góry są pustynne, żadnych roślin poza sadami, ogrodami i tarasami jakichś zbóż.

Kolory gór mają kolor chyba wszystkich odcieni brązu, żółci, pomarańczowego.

W drodze do Kagbeni - Himalaje - w około Annapurny - Nepal
W drodze do Kagbeni – Himalaje

Widoki są przecudowne, ale ich podziwianie uprzykrza nam wiatr. Nie wiaterek, ale porywisty wiatr, przez który ciężko nam się utrzymać na nogach. Okazuje się, że to wiatr tworzący się w korytarzu Annapurny i jakiejś innej góry, który wieje codziennie pomiędzy około 11:00 i późnym popołudniem.

Dochodzimy do Kagbeni, urocza wieś. Śpimy w Red House Lodge (darmowy, jeżeli będziemy u nich jeść), ale chyba mamy najgorszy pokój, bo dzisiaj jakaś rezerwacja, ale za to w pokoju aż 15 stopni! Już dawno tyle nie mieliśmy. Woda z kranu jakaś mętna i żółtawa, więc nawet po gotowaniu boimy się jej pić, ale niestety nie mamy wyboru, bo woda taka w całej wsi. Za to ceny już trochę spadają. Teraz to wszystko będzie nam się wydawać tanie :)

Widok na Mustang, w dali wioska Tiri - i porywisty wiatr - Nepal
Widok na Mustang, w dali wioska Tiri – i porywisty wiatr

Idziemy zwiedzić wioskę obok Tiri, wioseczka położona na rzece (teraz jest pora sucha więc można do niej dojść przez taki mały mostek i przechodząc przez suche koryto rzeczne). Widoki na Upper Mustang zapierają dech w piersiach. Z jednej strony widać coś jak kaniony (to Mustang), z drugiej pustynne góry, z kolejnej ośnieżone stożki i jeszcze dalej tarasy zbożowe, całkowicie zielone, wyróżniające się z całego otoczenia.

Ciekawostka dnia, Filou zostawił w Muktinath spodnie do wyrzucenia, a nasi znajomi Węgrzy, którzy mieli pokój obok nas myśleli, że je zostawił i mu je przynieśli do Kagbeni :p

24/04/2015 Kagbeni – Phalyak – Jomsom – Thini – Dhumbra – Jomsom

Mapa - w około Annapurny - Himalaje - Nepal
Mapa Kagbeni – Dhumbra

Dzisiaj wydarzyło się tyle rzeczy, że mam wrażenie, ze dzisiejszy dzień trwał co najmniej tydzień.

Wyruszamy wcześnie rano (około 7:40) z Kagbeni do Jomsom, ale przez góry, przez Phalyak (niebieski szlak). Będzie dłużej, trudniej, ale ładniej i mniej ludzi. Trasa na około 6 godzin. Mamy ponad 3 godziny przed silnym wiatrem. Pewnie nie dojdziemy do tak zwanego „windy pass” (wietrznego przejścia)przed 11:00 ale przynajmniej połowę zrobimy bez wiatru.

Drugie śniadanie u miejscowych

Około 10:00 dochodzimy do Phalyak. Pytam się napotkanego chłopaka, gdzie jest wejście do miasteczka, bo same mury. Chłopak prowadzi nas do centrum wsi. Mówi dobrze po angielsku, bo był mnichem jak był dzieckiem. Pytam, czy się będzie żenił. Mówi, że tak, za 4 lata. Jak będzie miał 30 lat. A z kim? Która to twoja dziewczyna? Pytam. On na to, że ma dużo koleżanek i jeszcze nie wie z którą się ożeni, ale wie już kiedy :p

Filou z Nepalczykami - dookoła Annapurny - Himalaje - Nepal
Filou z Nepalczykami – dookoła Annapurny

Chcemy coś zjeść, ale nie ma gdzie. Chłopak nam wskazuje miejsce, ale nikt nie będzie gotował. W końcu jakiś pan mówi, że u niego można zjeść. Jego żona szykuje nam po 2 omlety i 2 chapati i do tego przepyszną herbatkę z mlekiem za jedyne 300 rupii! Siadamy przed domem gospodarza z jego znajomymi i z zaprzyjaźnionym przez nas chłopakiem i próbuję domowej roboty, lokalny alkohol „chang”. Nie mam pojęcia, z czego jest zrobiony, wygląda jak mleko, ale mówią, że to nie mleko. Może jakiś zakwas chlebowy? Ciężko zrozumieć.

Niebieski szlak

Wyruszamy dalej w stronę Jomsom. Z daleka widać „windy pass”, na którym są jakieś słupy, satelity i baterie słoneczne. Zaczyna powiewać od czasu do czasu porywisty, mroźny wiatr. Widoki są piękne, pustkowie, nie widać nikogo. Widać za to ciemne chmury z trzech stron, na szczęście nad naszą głową jest błękitne niebo. Ciężko się wchodzi, bo dosyć strome podejście, już prawie dochodzimy do „windy pass” (nie pamiętam prawdziwej nazwy) i proponuję, żebyśmy ubrali kurtki na wiatr, bo słyszałam, że po drugiej stronie strasznie wieje.

Faktycznie, przechodzimy tylko na druga stronę, a tam straszny wiatr. Jest niebieski szlak, schodzimy powolutku w dół. Widać w dali Jomsom. Ścieżka jednak robi się coraz węższa i jakby zaczynała zanikać. Z trudem ją odnajdujemy. Czasami jest dosyć stroma i pod kątem. Na szczęście nie pada, bo byłoby łatwo o poślizg. Powolutku, powolutku dochodzimy do szerokiej polnej drogi. Poza pierwszym znakiem u góry już żadnego nie widzieliśmy wiec się zastanawiamy czy szlak nadal istnieje i czy jest utrzymywany? Udaje nam się zejść do Jomsom. Idziemy cos zjeść.

Najgorszy nepalski obiad

Mówię Filou, żeby wybrał knajpę, bo czasami marudzi jak ja jakąś wybiorę. Idziemy do Hotelu Kalopani, niedaleko lotniska. Okazuje się, że jemy najgorszy obiad, jaki kiedykolwiek jedliśmy w Nepalu, gdzie śmierdzi kiblem pomimo tego, że nie było żadnego w pobliżu i gdzie przyszła cala wycieczka szkolna, ta sama co zarezerwowała hotel w Kagbeni, do naszej restauracji prowadzonej przez Indian. Na szczęście obiad nie był drogi :p

W stronę Marphy i ugryzienie przez psa

czerwony szlak w Jomsom - dookoła Annapurny - Himalaje - Nepal
czerwony szlak w Jomsom – kierunek Marpha – dookoła Annapurny

Jomsom jest tak brzydki, że decydujemy się iść dalej. Może do Marphy, to podobno 3 godziny drogi z Jomsom szlakiem, ale może znajdziemy jakiś nocleg po drodze. Jest 16:00. Droga szlakiem jest naprawdę malownicza. Wszyscy ludzie, których spotkałam mówili, że od Jomsom jest brzydko, ale pewnie dlatego, że szli drogą dla autobusów. Szlak jest naprawdę ładny, szczególnie jak się wchodzi do wioski Thini. Gdzie formacje skalne są zdumiewające.

Tarasy uprawne w Jomsom w Nepalu - dookoła Annapurny
Tarasy uprawne w Jomsom w Nepalu – dookoła Annapurny

Idziemy tak z jakieś 1,5 godziny, do Marphy jeszcze daleko, a hotelów żadnych nie ma. Same wioseczki i nic poza tym. Jedyny hotel był w Thini, ale to było chwilkę za Jomsom. Pytamy się kogoś o hotel, mówi, że trochę dalej. Kontynuujemy więc. Widzimy ładne jeziorko Dhumbra Tal, niestety ogrodzone siatką. Wdrapujemy się szlakiem po jakimś wzgórzu, Filou zmęczony, chcę znaleźć więc szybko jakiś hotel. Widzimy wejście do miasta, białą z gliny bramę. Widzę po chwili białą dziewczynę z aparatem. Musi tu być hotel, bo co by tu robiła zagraniczna dziewczyna z aparatem? Pytam ją gdzie jest hotel, a ona na to, że tu nic nie ma, a że do Marphy z jakieś jeszcze 2 godziny. Że ona śpi w Thini, jest tu chyba na wolontariacie. Proponuje nam zapytać kogoś czy możemy u kogoś spać w domu „kota ek din” (pokój na jedna noc”). Dziewczyna odchodzi, my stoimy, nie wiem za bardzo co zrobić, do Thini nie chce mi się wracać, bo to godzinę stad i w dodatku będzie pod górę, do Marphy nie wiemy ile i też idzie się górami, a jak kogoś zapytamy o pokój to pewnie ktoś się zgodzi za drobną opłatą, ale pewnie jedzenia nie będzie, a chodzić jutro bez śniadania to będzie ciężko. Filou mówi, że do Marphy dojdzie, ale mi się średnio to podoba. Najchętniej zostałabym na noc w Dhumbra. Widzę jakiś napis, restauracja, cafe, coś w tym stylu. Wejdę i zapytam czy możemy u nich zostać. Widzę jakąś panią, krzyczę „namaste” (przywitanie), ale gdzieś wchodzi, nie usłyszała. Ich pies, który ma budę przy bramie, na wysokości bramy, strasznie szczeka. Nie wchodzę. Krzyczę jeszcze raz namaste, hello, excuse me! Nic, pani dalej nie słyszy. Filou, który został „porwany” przez małe dziewczynki chcące cukierki, zdjęcie i jeszcze nie wiem co, jest daleko. Krzyczę jeszcze raz namaste i postanawiam wejść. Robię 2 kroki, stoję jeszcze w bramie i znowu krzyczę namaste, pies strasznie szczeka. Patrzę, że jest uwiązany, ale chyba mu się nie spodobałam. Wychodzę zza bramy i zza bramy ponownie wołam. Nadal nikt nie wychodzi. Jeszcze raz robię 2 kroki do przodu, bo przecież pies uwiązany, to nic mi nie zrobi. Jednak patrzę na niego i coś mi się wydaje, że zaraz zerwie łańcuch. Wychodzę więc szybko, zamykam furtkę za sobą, a w tym czasie rozszczekany pies zrywa łańcuch, przeskakuje przez płot z kolcami, skoczył na mnie od tylu i gdzieś uciekł.

Ugryzienie przez psa w Nepalu
Ugryzienie przez psa w Nepalu

Ja tylko pisnęłam, wtedy dopiero kobieta z mężem wyszła, Filou przyszedł. Mówię, że pies mnie chyba ugryzł, albo zadrapał. Podciągam nogawkę i skubaniec ugryzł mnie. Wyciągam szybko mój karnet szczepień, żeby zobaczyć co robić w takim przypadku. Dobrze obmyć, zdezynfekować i na szczepienie jak najszybciej, mimo, że byłam szczepiona przeciwko wściekliźnie. Kobieta z mężem przepraszają, tłumaczą, że przecież uwiązany, zapraszają do domu i szykują gorącej wody, żeby obmyć ugryzienie. Wyciągam swoje mydło i porządnie szoruję. Gorąca woda, potem woda utleniona. Gazik, plastry, bandaż, żeby się trzymało i z powrotem do Jomsom, bo jedynie tam mają szpital. Tym razem idziemy najkrótszą drogą (godzinę) droga dla autobusów.

Powrót do Jomsom

Rana nie boli, bardziej jestem wystraszona i mam nadzieję, że już nie spotkam żadnego psa. Wchodzimy w końcu do Jomsom, pytamy, gdzie szpital, trzeba jednak trochę długo iść. Ktoś mnie woła, patrzymy, a tu nasza zaprzyjaźniona Węgierka, tłumaczymy jej, że teraz to idziemy do szpitala, bo pies ugryzł. Chwilę później ktoś inny nas woła. To Jessie i jego przyjaciele. No, przynajmniej spotykamy znajomych.

W szpitalu

Szpital znaleziony. Strasznie tam ciemno. Spartańskie warunki, czego można było się spodziewać. Czuję się jak w filmie „The walking dead” (film o zombi). Czekamy tam chwilę. Przychodzi w końcu na recepcję doktor. Młody chłopak w kurtce puchowej. Nie jestem pewna czy to na pewno doktor. Chyba jednak tak, podaje mi taborecik i prosi żebym usiadła i pokazała ugryzienie. Siadam więc w korytarzu pokazując nogę wszystkim zgromadzonym osobom i nowo przybyłym pacjentom. Światło na chwilę się pojawiło z powrotem. Chyba nie było w całym Jomsom. Doktor i pielęgniarki, również w kurtkach, dzwonią gdzieś, żeby sprawdzić, czy mają szczepionkę. Po jakimś czasie okazuje się, że mają jedną. Po drugą dawkę za 3 dni trzeba będzie jechać do Pokhara, albo Beni. Pan pielęgniarz robi mi zastrzyk bez rękawiczek. Następnie opatruje ranę już z rękawiczkami przy świetle latarki. Zakłada gazik i troszkę bandaża. Chce użyć mój zużyty, ale protestuję, że jest strasznie brudny, więc zakłada kawałeczek ich bandaża. Lekarz przepisuje mi jeszcze antybiotyk, chyba przeciw infekcji i wystawia fakturę na 1500 rupii (około 15 euro). Filou prawie wszystko filmuje swoim telefonem, bo jest tak zaskoczony tutejszą służbą zdrowia.

Pokój za 650 rupii

Wracamy do miasta, postanawiamy zostać w hotelu, gdzie jest Jessi „Jomsom View”. Właściciel proponuje nam pokój za 650 rupii (już z obniżką) za to najbardziej luksusowy, jaki do tej pory moglibyśmy sobie wymarzyć w Nepalu. Drogo, chyba pokoje darmowe w zamian za jedzenie już się skończyły… jednak bierzemy ten pokój, z łazienką i ubikacją w pokoju, z telewizorem, którego i tak nie używamy i normalnym dużym łóżkiem. Po całym dniu wędrówki i rozmaitych przygodach zasługujemy na porządny pokój, żeby wypocząć. Niestety woda zimna, jak zwykle, więc nici z prysznica :p

Muszę powiedzieć, że właściciel hotelu bardzo pomocny. Pomógł mi dzwonić do kliniki i szpitala w Beni, żeby się dowiedzieć czy będą mieli dla mnie szczepienie 27 kwietnia i odpowiadał cierpliwie na moje liczne pytania dotyczące służby zdrowia i transportu.

Zobacz galerię Dookoła Annapurny z Muktinath do Jomsom

25/04/2015 Jomsom – Chhairo – Larjung – Kokhethanti

Mapa - Around Annapurna - Himalaje - Nepal
Mapa Jomsom – Ghasa

Budzimy się o 7:00. Już dawno tak długo nie spaliśmy. Wstajemy na spokojnie, zamawiamy śniadanie, rozmawiamy z Jessim, takim Anglikiem i chłopakiem z Izraela. Przed nami długa droga. Musimy dzisiaj dojść do Larjung, bo po jutrze muszę być w Ghasa, żeby wziąć autobus do Beni. Wychodzimy o 9:30 żegnając się z chłopakami. Znowu strasznie wieje. Co jest z tym wiatrem? To na pewno nie ten z Annapurny, bo za wcześnie i za daleko. Jest pochmurnie, zimno i wietrznie. Idziemy w stronę Marphy. Okazuje się, że do Marphy było godzinę, a nie 2 od miejsca, w którym ugryzł mnie pies. Więc może mogliśmy kontynuować? Idziemy długo pod górę. Myślałam, że będzie tylko schodzenie, ale jednak, jak się chodzi szlakiem to raz pod górę, a raz z góry. Idziemy szlakiem po urwistych stokach. Nic strasznego. Po prostu chodzi się wolniej i uważa. Ścieżka jest dosyć szeroka, nie jak ta z niebieskiego szlaku. Może zatrzymamy się w Marphie proponuję? Filou chce jeszcze kontynuować. Idziemy więc może z jakieś 20 minut po czym zatrzymujemy się we wsi Chhairo. Znajdujemy jakąś restaurację i przeglądamy menu. Po chwili czuję jak się rusza stół i krzesła, dokładnie tak, jak przejeżdża blisko metro, pociąg albo samolot, ale przecież tu nic takiego nie mają. Pytam się zdziwiona, ale z uśmiechem właściciela, dlaczego tak trzęsie? a on, otworzył usta, wbił gdzieś wzrok i po chwili powiedział bardziej zdumiony od nas i z lekkim przerażeniem „seizm”.

Osuwanie się skał w czasie trzęsienia ziemi w Nepalu - Himalaje
Osuwanie się skał w czasie trzęsienia ziemi w Nepalu

Ja w szoku, bo w Turcji to mogłabym się tego spodziewać, wszystkie przewodniki o tym piszą, ale, że seizm w Nepalu? Absolutnie tego nie mogłam się spodziewać. Wychodzimy wszyscy na zewnątrz i widzimy jak się osuwają w dali skały. Filmuje, ale nie widać dokładnie. Cała wioska się zbiera. Ważne, żeby nikt nie został w czterech murach. Myślę, że to z powodu tych skał tak trzęsie. Po chwili jednak właściciel restauracji mówi, że gdzieś dzwonił, i że to w całym Nepalu, że to trzęsienie ziemi. Mówi zszokowany, że to po raz pierwszy tak długie i mocne. Ja tam nie wiem, jak dla mnie to to mocne nie było, ale nigdy trzęsienia nie przeżyłam. Właściciel mówi, że w Kathmandu kilka budynków się zawaliło i że są ofiary. Dopiero wtedy sobie zdaję sprawę, że mieliśmy ogromne szczęście, że zeszliśmy z gór i że byliśmy we wsi, gdzie nie ma co się zawalać ani nam spadać na głowy. Pewnie, co dla nas nie było dużym trzęsieniem, to dla wysokiego budynku było ogromnym… Jeszcze raz potrzęsło, ale krócej niż za pierwszym razem. Jak już się uspokoiło, ruszamy w stronę Larjung.

Szlakiem dookoła Annapurny - Himalaje - Nepal
Szlakiem dookoła Annapurny – Himalaje

Widoki piękne, lasy, rzeka wysuszona, naprawdę piękne krajobrazy. Dochodzimy w końcu do Larjung. Wioska wygląda trochę na opustoszałą. Czasami ktoś sobie gdzieś siedzi. Wołamy do wszystkich „namaste”, ale rzadko nam ktoś odpowiada, wszyscy jakby strzelali focha, co nie jest absolutnie podobne do Nepalczyków. Pytamy się w hotelach czy mają pokój, wszystkie nam odpowiadają, że nie. Coś to wszystko dziwnie podejrzane, nikt nie tłumaczy, dlaczego, właściciele hoteli jakby nawet nie zwracali na nas uwagi. Niemożliwe, żeby naprawdę nikt w 6 hotelach nie miał jednego pokoju. Mi się wydaje, że prowadzą żałobę za tych, co zginęli i postanowili nie pracować…

Idziemy, zatem do kolejnej wsi Kokhethanti, gdzie udaje nam się znaleźć nocleg w pierwszym hotelu we wsi za 300 rupii. Oczywiście na skutek trzęsienia, brak elektryczności.

26/04/2015 Kokhetanti – Titi Tal – Kunje – Chhoya – Ghasa

Budzę się w nocy kilka razy, bo czuję delikatne trzęsienia. Około chyba 4:00 budzimy się z Filou, mocne potrząśnięcie. Wyskakujemy z łóżek, biorę śpiwór, ale przestało. Czekamy chwilę i wracamy do łóżek. Niestety nie udaje nam się już zasnąć.

Mój tort urodzinowy - schronisko w Himalajach - Nepal
Mój tort urodzinowy – schronisko w Himalajach

O 7:00 Filou budzi mnie piosenką „sto lat” z moim urodzinowym, ze świeczką”ciastem”. Mój urodzinowy torcik, to Snikers. Zdmuchuję świeczkę myśląc wcześniej życzenie. Idziemy na śniadanie i kierujemy się w stronę Ghasa. Dzisiaj to około 4 albo 5 godzin drogi.

Idziemy w stronę Titi Tal (Jezioro Titi), bardzo ładna droga. Jakiś piesek z obrożą się do nas dołączył od samego początku.

Nasz pies przybłęda - Himalaje -Nepal
Nasz pies przybłęda – Nepal

Myśleliśmy, że sobie pójdzie, a on z nami szedł z kilka godzin, aż zobaczył wiszący most i wtedy zrezygnował.

Zatrzymujemy się nad jeziorem, żeby zjeść mój urodzinowy torcik, a następnie kierujemy się w stronę Kunje. Z daleka widzimy jakiś dym. Może ktoś coś pali, albo gotuje?

Jezioro Titi Tal - Himalaje - Nepal
Jezioro Titi Tal – Himalaje

Przechodzimy przez malowniczą wioskę Kunje.

Filou idzie z psem z przodu. Ze słuchawkami na uszach. Ja, idę sobie wolniutko z tyłu. Po pewnym czasie, tracą mi się oboje z oczu. Nic nie szkodzi, droga szeroka dla nawet motorów. Zatrzymuję się wiele razy, żeby obejrzeć widoki, potem zatrzymuje się, bo widzę, dużo zrzuconych kamieni na zakręcie. Stoję tak chwilę nawet nie wiem, czemu i nagle ni stąd ni zowąd spadają kamienie. Z jakieś 5 metrów ode mnie. Robię kilka kroków do tyłu.

Moje urodziny nad jeziorem Titi Tal - Nepal
Moje urodziny nad jeziorem Titi Tal – Nepal

Oglądam się dookoła czy w około mnie nie ma żadnych kamieni. Są tylko drzewa. Próbuję zrozumieć, czemu kamienie nagle się oberwały?? Nie czuję wstrząsów, więc co jest grane? Próbuję jeszcze raz wyczuć, czy aby na pewno nie ma wstrząsów, bo w około drzewa, spadające kamienie narobiły tyle hałasu i kurzu, że Filou musiał to usłyszeć, ale jest zakręt więc nie wie czy mi się nic nie stało. Jednak, ja się boję ruszyć z miejsca, bo nie wiem czy kolejne kamienie nie spadną. Czekam jeszcze chwilę, cisza, kolejna, znowu kamienie spadają. Czemu Filou nie krzyczy? Czy to możliwe, żeby nie słyszał? Albo jest tak daleko, albo przez te cholerne słuchawki nie słyszy, albo… i tu najgorsza myśl, jaka mogła mi przyjść do głowy, myśl, przez którą wpadłam w panikę. Patrzę na stertę kamieni, wielką kupę kamieni, kurwa, nie wiem, kiedy ona spadła, co jeżeli spadła kiedy Filou przechodził? Co jeżeli jest pod kamieniami? Boję się ruszyć z miejsca. Wołam nieśmiało Filou, ale jednocześnie nie chcę, żeby przyszedł, bo może nie wiedzieć, że kamienie spadają. Więc staram się nasłuchiwać. Czekam jeszcze chwilę, patrzę na te skały i przebiegam przez kamienie. Biegnę i biegnę, aż widzę Filou i psa. Z tej całej złości i przez tą moją czarną myśl po prostu wybucham płaczem krzycząc na Filou, że mamy się tak nie rozdzielać.

Nepalska wioska Chhoya w Himalajach
Nepalska wioska Chhoya w Himalajach

Jest 12:56. Dochodzimy do wioski Chhoya a tu nagle huśta, huśta jak na łódce, słychać znowu obrywające się w dali skały. Idziemy do Ghasy, ale tym razem drogą, nie szlakiem, uważając bardzo na skały i trzymając się strony rzeki. Dochodzimy do Ghasy około 15:00 głodni jak cholera, bo nic w końcu po drodze nie było do jedzenia. Podobnie jak wczoraj nie ma prądu. Nie wiem co mówią w zagranicznych wiadomościach, nie wiemy co mówią tutaj, bo żadnego kontaktu ze światem, ale na pewno rodzice i Aga się zamartwiają, pewnie wszyscy się zamartwiają, a my nie mamy jak dać znać, że jesteśmy cali i zdrowi. Poszliśmy zapytać na posterunek policji czy nie mają telefonu, ale stacjonarny oczywiście nie działa, a komórki nie mają zasięgów. Pytaliśmy wielu ludzi, ale nic. W Ghasa jest nawet armia, nawet tam się pytaliśmy czy nie mają jakiejś możliwość kontaktu, ale mówią, że też nic. Chcieliśmy, chociaż zadzwonić do ambasady francuskiej (polskiej ambasady nie ma w Nepalu) i powiedzieć, że wszystko z nami w porządku jakby ktoś pytał. Ale absolutnie żadnego kontaktu.

Skały na drodze po trzęsieniu ziemi w Nepalu
Skały na drodze po trzęsieniu ziemi w Nepalu

Jutro musimy jechać do Beni (40 km) od Ghasy na moją szczepionkę. Mam nadzieję, że autobus przyjedzie, i że tam, w miasteczku będzie, jakiś kontakt ze światem.

A kolację jedliśmy przy świeczce, w pustej jadalni przy muzyce nepalskiej. Pewnie mają tu radio na baterie.

27/04/2015 Ghasa – Beni – Tatopani

Mapa - w około Annapurny - Himalaje - Nepal
Mapa Ghasa – Tatopani

Wstajemy około 4:00 żeby kupić bilet na autobus musimy być dużo wcześniej przed odjazdem autobusu. Autobus podobno jedzie o 6:30.

Jest autobus, ostatecznie kupujemy bilety w autobusie (360 rupii za osobę Ghasa – Beni).

Jazda autobusem gorsza niż w Indiach. 40 km robimy w 4 godziny. Huśta na prawo i lewo, czasami tak przechyla, że ma się wrażenie, że autobus zaraz się przekipnie. Przed jazdą kobiety krzyczą jakąś modlitwę. Jesteśmy w strasznym ścisku. Kolanami dotykam siedzenia z przodu mimo tego, że jestem mała. To autobus dla prawdziwych Nepalczyków, weszło jakichś 3 turystów, wysokich i dużych, no i problem. Nie mogą usiąść, bo nie ma miejsca, nie mogą stać, bo nie mogą się wyprostować… jadą tak więc z trzy godziny ni to na stojaka i ni to na siedząco, więc moje kolana wrzynające się w przednie siedzenie, plecak kogoś na moich kolanach i biodro takiej Indianki na moim ramieniu to nic w porównaniu z niewygodną pozycją 3 męskich turystów :p przynajmniej jazdę nam umila nepalska muzyczka. Cały czas chyba ta sama :p

Dworzec autobusowy w Ghasa w Himalajach - Nepal
Dworzec autobusowy w Ghasa – Nepal

Docieramy do Beni. Pierwsze co, idziemy szukać szpitala. Znaleziony, mówią, że nie mają szczepionki. Ok, podobno to miała być klinika, a nie szpital. Idziemy, zatem szukać kliniki. Klinika znaleziona, ale też mówią, że nie mają szczepionki. Zaczynam się denerwować i tłumaczę, że 2 dni temu dzwoniłam i powiedzieli, że mają, i że będą mieć na 27 kwietnia. Nikt nie wie, o co chodzi. Mówią, że nie mają i żebym jechała do Pokhary, ale mi się ani śni nigdzie dalej jechać. Przejechałam 4 godziny specjalnie na tą cholerną szczepionkę, którą mieli mieć to niech ją znajdą!!! Bardzo zła, proponuję popytać apteki, ale ich angielski nie najlepszy i odpowiadają „tak” na wszystkie pytania. W końcu pokazuje im numer, na który było dzwonione. Dzwonią i jakaś pani wychodzi z drzwi obok ze szczepionką przeciwko wściekliźnie w pudełku, które wyglądało jakby przeżyło 2 wojnę światową… Nie mam pojęcia, kim była pani ani skąd przyszła, ważne, że miała moją szczepionkę, mówi, że to ostatnia. Uf, znowu szczęście, zabieram im wszystkie ostatnie szczepionki, na szczęście dla mnie to też ostatnia.

Pan z kliniki sprawdza datę okazuje się, że ważna do maja 2015, super, jeszcze miesiąc! Ale ze mnie szczęściara, normalnie to pewnie wszystko mają przeterminowane, tak jak nasze snikersy.

Idziemy zrobić szczepionkę, klinika gorsza od szpitala. Szczerze mówiąc, w życiu bym nie pomyślała, że to klinika… pan robi zastrzyk, pytam czy szczepionka była w lodówce, bo jakaś ciepła…ale pan znowu jakby nie rozumiał. Pokazuje mu więc na kartce 2-8 stopni C i on mówi, tak, tak, good, good. Mam nadzieje, że naprawdę good. Zresztą i tak nie mam wyjścia. Ostatnia szczepionka. Nie mają innej. A ta w Jomsom też nie wiem jaka była. Płacę 1000 rupii (10 euro) i idziemy szukać restauracji z Internetem, bo tu mają prąd !!!

Wchodzimy do jakiegoś dosyć luksusowego hotelu i luksusowej restauracji (New Yak) Pytamy czy mają wifi i prosimy o menu. Spoko, ceny normalne, tzn. takie jak w górach, najpierw testujemy wifi, a potem cos zamawiamy (wiele razy nam się zdarzyło, że mówiono, że mają wifi, ale nie działało). OK, zaczynamy, wysyłanie maili, dzwonienie, wiadomości. Kurczę, dopiero się dowiadujemy szczegółowo. Nie wiemy czy media sieją taką panikę, czy naprawdę jest tak strasznie w Kathmandu. Przecież rozmawialiśmy z kilkoma miejscowymi i podobno nie jest aż tak strasznie, no, ale nic nie wiadomo.

Jak widzę wszystkie wiadomości od bliskich i znajomych, to aż serce ściska, nie miałam pojęcia, że ludzie, aż taaak się martwili. To straszne! miło wiedzieć, że ktoś się nami przejmował, ale przykro, że takiego stracha narobiliśmy.

Muszę powiedzieć, że właściciel hotelu bardzo sympatyczny, nie skarżył się, że po całej restauracji rozłożyliśmy nasze rzeczy, plecaki, ładowarki, telefon i tablet. Pozwolił mi wykonać kilka telefonów (nieudanych, ale liczą się dobre chęci) i nie chciał nas z niej wyrzucić mimo tego, że siedzieliśmy ponad 2 godziny.

Po wysłaniu 1000 wiadomości, po dodzwonieniu się do agencji, która ma nasze paszporty (z wizą chińską w środku + bilety do Chin) możemy wracać w góry. Na wsi bezpieczniej. Jedziemy autobusem do Tatopani (210 rupii od osoby) tym razem jest mniej osób, możemy normalnie usiąść i nawet czas szybko leci.

Dojeżdżamy do Tatopani robimy check-in TIMS (po raz pierwszy w Nepalu), spotykamy parę belgijsko-polską idziemy razem do hotelu Ghaulagiri Lodge (200 rupii za pokój wynegocjowane z 300). Hotel ładny, z ogrodem. Dosyć drogo, ale mamy w pokoju ubikację i zimny prysznic, ale uwaga, pan mówi, że mają prawdziwie ciepły na dworze. Nawet nie ważyłam się śnić o ciepłym prysznicu. Myślałam, że taki dopiero będzie w Pokharze! Cudownie, od razu biegnę. W końcu mogę umyć włosy po 5 dniach! Woda jest fantastyczna! W ogóle jest ciepło. Widać od razu różnicę jak się schodzi w niższe partie. Nawet jest tu prąd i wifi. W prawdzie płatne, ale jest i działa.

Tatopani słynie z Hot Spring (gorące źródła). Marzyliśmy o gorących źródłach odkąd dowiedzieliśmy się, ze „hot spring” to nie gorąca wiosna, czyli od początku trekkingu :-). Idziemy więc zobaczyć nasze „hot spring”, niestety płatne. Ale i tak nie możemy pójść, bo lekarz odradzał mi maczanie ugryzionej nogi w gorących źródłach, a Filou nie chce iść sam. Wiec popatrzyliśmy, znaleźliśmy dzikie hot spring, dotknęliśmy wodę, gorąca, nawet w niektórych miejscach wrzała! Filou miał nawet pomysł, żeby zupę na niej ugotować, ale pewnie nie jest zbyt czysta :p Potem poszliśmy spać.

28/04/2015 Tatopani – Ghara – Phalate – Ghorepani

Mapa - Annapurna circuit - Himalaje - Nepal
Mapa Tatopani – Ghorepani

Nie umiem się zwlec z łóżka. Dzisiaj czeka nas ciężki dzień, bo wybieramy się do Ghorapani. Najdłuższe i największe podejście całego trekkingu dookoła Annapurny (1750 metrów podejścia). Wychodzimy dopiero o 10:00 jeszcze nigdy tak późno nie wyszliśmy. Klimat całkowicie się zmienił. Jesteśmy w jakichś tropikach. Bambusy, bananowce, coś jak palmy, wilgotno i ciepło. Kompletnie inny ekosystem. Wchodzimy i wchodzimy, przechodzimy przez wiele uroczych wiosek. Widoki są bardzo ładne. Widać tarasy uprawne i te nepalskie ładne chatki. Zatrzymujemy się w Ghara na obiad i zaczyna się ulewa, ale my jesteśmy pod dachem więc nic nie szkodzi. Kończymy jeść, deszcz też przestaje padać więc możemy iść dalej.

Tropikalne Himalaje - Nepal
Tropikalne Himalaje – Nepal

Dochodzimy do Ghorapani dopiero około 18:30 długie podejście i w dodatku chyba szliśmy troszkę na około. Szło się i szło i nie było widać końca, ale w końcu dotarliśmy. Zostajemy w hotelu Snow View. Przyjemny hotel. Pokój z drewna z ubikacją i prysznicem ciepłym w dodatku, a na dole sala z piecem więc można się ogrzać i wysuszyć rzeczy. Ghorepani jest na ponad 2800 m n.p.m..

W stronę Ghorepani - Himalaje - Nepal
W stronę Ghorepani – Himalaje

Tutaj temperatura spadła chyba do 2oC. Jest strasznie zimno. Za pokój płacimy 300 rupii (pewnie byłoby za darmo, ale Filou musi się podciągnąć w targowaniu się :p) jedzenie bardzo dobre, ale bardzo drogie, dosłownie jak ceny z High Campu, a myśleliśmy, że będą spadać… (500 Rupii za posiłek).

Rano musimy wstać bardzo wcześnie, bo chcemy iść na wschód słońca na Poon Hill, z którego podobno widać przepiękną panoramę górską i wschód słońca.

29/04/2014 Ghorepani – Poon Hill – Birethanti

Mapa - Around Annapurna circuit II
Mapa Ghorepani – Birethanti

Pobudka o 4:15. Zimno jak cholera. Ubieramy się ciepło, bierzemy czołówki, aparat i wychodzimy. Na Poon Hill idzie się około godzinę i ku naszemu zdziwieniu pobierają opłatę za wejście!!! 50 rupii od osoby, ale tylko przed wschodem słońca, po 7:00 już nikogo nie było… nigdzie nie znaleźliśmy informacji o opłacie, ale bez opłaty nie wejdziesz i kropka. Tak, za wczesne wstawanie i mróz musisz płacić.

Dochodzimy na szczyt z milionem innych turystów. Okropnie zimno i najgorsze, że są chmury. Chmury z każdej strony, a miało być widać Annapurnę I i Annapurnę South i jeszcze wiele innych ośnieżonych stożków.

Panorama na Himalej Poon Hill - Nepal
Panorama na Himalej Poon Hill

Czekamy, może coś się rozjaśni. A tym czasem chińscy turyści strzelają sobie selfi. Milion fotek w podskokach, ale po co najmniej 20 razy, aż w końcu któreś będzie udane.

Panorama na Himalej Poon Hill - Nepal
Panorama na Himalej Poon Hill

Jesteśmy otoczeni Chińczykami, zupełnie nie wiem po co chcemy do Chin jechać skoro Chiny przyjechały do nas! Najważniejsze, że Chińczycy będą mieli zdjęcie, tzn. bilion zdjęć z …. chmurami!!! Bo panoramy i tak nie widać :p

Na szczycie spotykamy Ozlem, Holenderkę pochodzenia tureckiego spotkaną w Muktinath. Rozmawiamy i potem schodzimy razem. Próbuję zrobić jakieś zdjęcie jak jakiś 1/10 kawałek jakiejś góry się wyłonił z chmur, ale palce mam tak zmarznięte, że już nie mogę nimi ruszać, aparat paruje i nie chce złapać na chmurach ostrości, więc rezygnuję podskakując, żeby się troszkę rozgrzać. Schodzimy z panoramy i udaje nam się zobaczyć kawałek Annapurny I i Annapurny South. Przepiękne góry!

Widok na Himalaje z Poon Hill - Nepal
Widok na Himalaje z Poon Hill

Po śniadaniu opuszczamy Ghorepani. Idziemy do Birethanti, bo Ghandruk zamknięty. Holenderka i jej czeska koleżanka mówią, że to tam było epicentrum, i że dlatego zamknięte. Nie wiem czy to prawda, w każdym razie nie móżmy tam pójść.

W stronę Birethanti - Nepal
W stronę Birethanti – Nepal

Schodzenie jest ciężkie dla kolan, bo 1900 metrów w dół. Ale idzie się bardzo ładnymi terenami, znowu zaczynają się nasze tropiki, lasy, widoki, potem wioski i wioseczki.
Znowu spotykamy Ozlem i Jane (Czeszkę).

Koniec trekkingu dookoła Annapurny - Nepal
Koniec trekkingu dookoła Annapurny – Nepal

Dochodzimy do końca parku narodowego. Tablica z podziękowaniem. To straszne! Właśnie ukończyliśmy circuit of Annapurna I i II! Czyli, że to koniec gór! Widzimy tablicę i zamiast się cieszyć, że udało nam się zejść, z plecakami i z całym trudem to my jesteśmy smutni, bo będzie nam tak bardzo brakowało tych pięknych Annapurn i w ogóle tej 19 dniowej wędrówki, która tak szybko zleciała!

Dochodzimy do Birethanti. Zostajemy tu na noc, jutro w stronę Pokhary. Trochę na stopa, a resztę jeszcze piechotą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *