Wizowe przygody

18 stycznia 2015

Wyjazd już za prawie 2 tygodnie, no dobra stresuje. Mam wiele spraw pozałatwianych, ale jeszcze nie do końca najważniejsze…, czyli WIZY!!!!!! No tak, bez nich ani rusz…

Najważniejsze, ze dostałam wizę do Indii, której najbardziej się obawiałam, bo tak bardzo wszyscy nią straszyli. Pani przy okienku zapewniała, ze będzie za 3, 4 dni no, ale jednak była po 8. Odebrałam i szybko do agencji, która się zajmuje pomocą w sprawach wizowych, z chęcią załatwiłabym to sama, ale z wizą do Rosji nie ma tak łatwo, a już na pewno nie jak się chce jechać na 30 dni…, (ale o tym to za chwilę) więc czas goni, bo 2 tygodnie do wyjazdu, a tu trzeba czekać jeszcze na wizę i paszport, bo przecież ambasada zabiera, żeby wkleić, piękną, kolorową wizę ze zdjęciem.

Konsulat indyjski

Bardzo zabawne z tym załatwianiem wiz uznałam 2 konsulaty: indyjski, a tak naprawdę to VFS Global pośrednik wizowy, a konsulat irański. Pracę zaczynam o 9:30, a pośrednictwo wizowe otwierają o 9:00. Wiec nie chcąc się spóźnić za bardzo do pracy, pojechałam tam już przed otwarciem żeby się ustawić w pierwszej piątce. Była dokładnie 8:45, byłam zła na siebie, że nie pojechałam wcześniej, bo nie znalazłam się w pierwszej piątce, ale w pierwszej pięćdziesiątce!!!! Przerażona tym faktem, ustawiłam się w kolejce wahając się czy zostać czy iść do pracy, bo przecież, co ja powiem szefowej, ona jeszcze nie wie, ze planuję „przedłużone” wakacje!!!

Po chwili wahania, opuściłam kolejkę kierując się na metro, po czym czułam wyrzuty sumienia, że, jeżeli nie złożę podania o wizę dzisiaj (6 stycznia), to może być za późno!!! Więc żeby już sumienie nie gryzło, pobiegłam z powrotem do kolejki, w której został Filou, (czyli moja kompletnie zakręcona druga połówka), żeby zrobić specjalne zdjęcie 5×5 w indyjskim, specjalnie do tego przeznaczonym automacie, (bo do wszystkich wiz na świecie chcą 3,5×4,5 ale Hindusi lubią kwadratowe formaty^^). Wysłałam do szefowej smsa, że na pewno się spóźnię, bo jestem w indyjskim konsulacie, żeby nie pytała, że jej wyjaśnię później.
Przed indyjskim pośrednikiem wizowym, jeszcze przed otwarciem

O dziwo, po otwarciu VFS Global kolejka poruszała się dosyć sprawnie, każdy otrzymał numerek i czekał aż jedno z 9 okienek wyświetli jego numerek. Po jakichś 45 minutach mój numerek się wyświetlił, Pani z okienka sprawdziła czy mam paszport, wydrukowany formularz z przyklejonymi zdjęciami i ksero paszportu, po czym poprosiła moja kartę kredytową i tak oto w ten sposób pozbyłam się 60,45 euro a do pracy przyjechałam z „jedynie” półtora godzinnym opóźnieniem.

Konsulat irański

Nie chcąc popełniać tego samego błędu, do konsulatu irańskiego wybrałam się już na 8:20. Chciałam nawet, na 8:00, ale nie wiedziałam, co mogę robić przez godzinę? Jak wysiadłam z metra to szybko podążałam w stronę konsulatu. Pomyślałam, że bardzo szybko go znajdę, bo będzie duża kolejka. O tak, jest, stoi z jakieś siedmioro ludzi. Kieruję się w ich stronę i o dziwo numery mi się nie zgadzają, więc pytam jednego z panów, który stał na ulicy z papierosem w ręku gdzie jest konsulat irański, a on na to, ze właśnie go minęłam. Ja z przekonaniem mówię, że to niemożliwe, bo tam nie ma kolejki, wiec pójdę sprawdzić, dlaczego 20 metrów dalej stoją jacyś ludzie. 2 Min później okazuje się, że to pracownicy jakiegoś magazynu właśnie sobie robią przerwę, wiec trochę z niepewnością wracam pod odpowiedni numer zastanawiając się czy nie ma innego wejścia, no, bo to niemożliwe żebym była pierwsza??

Stoję sobie tak 10 min oglądając się w około z teczką w ręku i widzę, ze w konsulacie za drzwiami za kratami zapala się światło, pan stróż na mnie patrzy i przechodzi do innej sali, więc ja robię niewinną minę, żeby nie pomyślał, że jestem terrorystą.

Po kolejnych 10 min, pan już chyba nie wytrzymał i otworzył pierwsze drzwi, potem drugie, potem kraty i coś do mnie powiedział. Nie rozumiałam jego języka, ale wiedziałam, że pyta, co ja tu robię. Wiec ja po francusku grzecznie z uśmiechem pytam, czy to tu składa się podania o wizę, pan z uśmiechem odpowiada, znowu w niezrozumiałym dla mnie języku, że nie rozumie, to ja na to, ze może po angielsku, a pan z uśmiechem, że mogę spróbować, więc ja po angielsku pytam pewnie z niepoprawną składnią o to samo, a pan dalej do mnie, że nic nie rozumie więc ja nie chcąc się poddawać powiedziałam słowo-klucz „pasport” i gestykulowałam rękoma wbijanie pieczątki jednej ręki na drugą. Hurrrraaa, TO pan zrozumiał, wiedziałam, że ani on, ani moje magiczne słowo i kalambury nie zawiodą pan skinął głową i powiedział znowu w swoim języku, że tak, ale proszę czekać do 9:00.

Kiedy Pan odszedł zamykając drzwi na klucz, uśmiechnęłam się i pomyślałam, że już mi się ten kraj podoba. Jest 8:45 a dalej stoję sama w jednoosobowej kolejce, czyli naprawdę nie mają dużo turystów i z panem tak łatwo się dogadywaliśmy, bo przecież nie znając języka ja go rozumiałam Pomyślałam, ze to musi być fantastyczne uczucie jechać do kraju, który naprawdę nie jest turystyczny, gdzie ludziom nawet nie przyjdzie do głowy, ze można tam pojechać.

O 8:50 przyszedł inny pan i ustawił się w „mojej” kolejce i jeszcze mama z dorosłym już synem. Ja z uśmiechem powiedziałam temu pierwszemu, że jeszcze nieotwarte i chciałam do niego zagaić i powiedzieć, że jesteśmy jedynymi turystami, którzy chcą jechać do Iranu! , Ale szybko zrozumiałam, że on wcale nie jest turystą, a biznesmenem, i że wcale nie chce tam jechać, ale musi…

8:55 huuurrraaa usłyszeliśmy głos w domofonie wystawionym na zewnątrz konsulatu, że możemy wchodzić do środka. Wchodzę i się zbliżam do znowu zamkniętych drzwi i nie wiem, czemu nieotwarte, po czym spostrzegam, że muszę czekać, aż pan, siedzący w okienku na przeciwko mnie, naciśnie przycisk, aby drzwi się otworzyły. Pierwsze się otwierają, drugie się otwierają pan mówi, żebym wzięła numerek i czekała. Cuuuudownie, jestem pierwsza, ale na moim numerku widnieje liczba 601. No nic, ale jeden jest Nie byłam w wielu konsulatach, a może nawet w żadnym, ale ten jest wyjątkowo ładny. Czułam się jak w jakiejś budowli sakralnej lub pałacu. Przez 5 min oglądałam wnętrze, podziwiałam ich dziwne hieroglify (oficjalne pisma w języku farsi) i nagle spostrzegłam w okienku panią z chustą na głowie. Pomyślałam, że to cudowne, że kobieta pracuje w konsulacie irańskim, może to żona konsula? Czyli kobiety irańskie mogą pracować? I to w instytucjach państwowych? A może to tylko, dlatego, że to we Francji?

Moje przemyślenia przerwał dźwięk wyświetlającego się nad okienkiem po mojej prawej numerku 601. Dobra, idę. Mówię po francusku, że przyszłam złożyć podanie o wizę, a pan do mnie, że nie mówi po francusku, (czyli mieszkają we Francji, pracują w konsulacie, ale nikt tu nie mówi po francusku, no może poza panem z recepcji). Wytłumaczyłam panu, zatem po angielsku cel mojej wizyty i dałam potrzebne papiery, pan przegląda i pyta czy mam potwierdzenie ubezpieczenia do Iranu, aaaaaa cholera, no tak, ubezpieczenie ty głupku, jak mogłaś o tym zapomnieć, dla Francuzów chyba nie potrzeba, ale dla Polaków tak!!! Więc ze spokojem mówię, że mam, ale że nie przy sobie, więc pan do mnie, żebym mu zeskanowała i przesłała i żebym przyszła za 8 dni po paszport. Ja z chwilą wahania mówię, że jeszcze nie płaciłam a zaspany pan, no tak, że przecież muszę zapłacić. Więc pozbyłam się 50 euro i opuściłam konsulat przez kolejne 2 pary drzwi. Ktoś może powiedzieć, czemu się głupku odzywałaś, może zaoszczędziłabyś 50 euro??? Ale przecież to nie pan daje wizę i jeżeli zabraknie pokwitowania zapłaty to pewnie nikt mi wizy nie wyda. No nic, dzisiaj minęło już 4 dni robocze jak poprosiłam moją ubezpieczalnię o wystawienie mi dokumentu, ale nadal go nie dostałam, oby przyszedł jutro (poniedziałek) żebym mogła jeszcze przed środą im je wysłać!

Wiza rosyjska – 19 stycznia 2015

Wracając do wizy rosyjskiej, zanim wzięłam się za organizowanie całej podroży przeczytałam mnóstwo forum. Te, które dotyczyły wizy rosyjskiej radziły, aby przejść przez jakąś agencję, bo przygotowanie wszystkich papierów jest bardzo skomplikowane, i żeby sobie zaoszczędzić czasu, energii, nerwów, wysiłku najlepiej powierzyć to jakiejś zaufanej agencji.

Nie mając zbyt wiele czasu, a dokładnie mówiąc, nie mając w ogóle czasu, stwierdziłam, ze już zapłacę jakiejś agencji, ale przynajmniej wszystkim się zajmą, a ja będę mogła dalej przygotowywać się do wyjazdu.

Kolega polecił mi Visa Facile (paryską agencję), mówił, że to tam sobie załatwiał wizę do Rosji. Wiec nie zwlekając zbyt długo porównałam taryfy Visa Facile, Action Visa i Visa express. Okazało się, że Visa Facile jest najtańsza więc postanowiłam do nich zadzwonić.

Pan w telefonie powiedział, żebym do nich przyjechała w czwartek (15 stycznia) i wszystko przygotujemy, aby na drugi dzień rano złożyć papiery w konsulacie (czeka się do 15 dni więc piątek to ostatni dzień, aby być pewnym, że wiza + paszport będą z powrotem przed moim wyjazdem).

Kiedy weszłam do biura, zastałam tam pana pochodzenia indyjskiego, a nie tego, co miałam przez telefon, rodowitego Francuza, który wydawał się rozumieć moją sytuację? Panu siedzącemu w biurze wytłumaczyłam o co chodzi. Jak to bywa w ich kulturze, niczym się nie należy przejmować, zarówno oni jak i my… Pan przez cały czas powtarzał „Ne vous inquietez pas” proszę się nie martwić ja się wszystkim zajmę. Tylko nie wiem, czemu, kiedy wypowiadał te słowa czułam, że właśnie zaczynam się stresować. Pan rzucił tylko okiem na moje papiery i zapytał czy już mam zaproszenie.

Ja – nie, nie mam, myślałam, że to Państwo właśnie mi załatwiają
Pan – tak, tak, ne vous inquietez pas, załatwimy
Pan – a program podroży Pani ma? Jeżeli Pani chce jechać na 30 dni?
Ja – nie, myślałam, że to też Państwo załatwiają?
Pan – tak, tak, ne vous inquietez pas, załatwimy
Ja – formularza też nie wypełniłam, może zrobimy to teraz razem?
Pan – ne vous inquietez pas, ja to zrobię
Ja – czy moje ubezpieczenie jest odpowiednie?
Pan – tak, tak, dobre
Pan – a hotel Pani ma zarezerwowany?
Ja – nie, nic nie mam, może Pan wybrać, jakikolwiek
Pan – dobrze, proszę napisać, w jakich datach Pani chce jechać
Ja – od 18 lipca do 16 sierpnia
Pan – dobrze, dobrze
Pan – zaraz, zaraz, przecież to dopiero za 6 miesięcy??!!
Ja – no tak, i co w związku z tym?
Pan – nie może Pani prosić o wizę 6 miesięcy wcześniej, ale najwcześniej 3 miesiące wcześniej!
Ja – yyyy, nigdzie nie znalazłam takiej informacji…
Pan, – ale tak jest
Ja – no to, co teraz? Ja wyjeżdżam już za 2 tygodnie, nie będzie mnie we Francji
Pan – na vous inquietez pas, ne vous inquietez pas

Ta dyskusja jeszcze trwała, pan zaproponował napisanie listu z uzasadnieniem, dlaczego chcę prosić 6 miesięcy wcześniej. Poprosił, abym mu ten list wysłała jak tylko wrócę do domu to on na drugi dzień z samego rana zapyta konsulat czy mogę starać się o wizę i jak tylko będzie wiedział do mnie zadzwoni.

Na drugi dzień (piątek rano) z niecierpliwością czekałam na telefon. 9:30 Nic, 10: 00 nic, kurczę, przecież konsulat otwierają o 9: 00 więc pan już tam musiał być…!

Nie wytrzymałam, zadzwoniłam o 10: 20 i znowu trafiłam na pana Francuza, pytam go w pośpiechu jak tam moje dossier, czy złożyli, czy dostali mojego maila z uzasadnieniem? Pan na to, że nie ma pojęcia, o czym ja mówię i że jego kolega jest właśnie chory więc nie przyszedł do pracy… WHAT???? aaaaaa, jak to???? Więc na nowo zestresowana mu tłumaczę, że ja to wylatuję za 2 tygodnie, że przecież do niego dzwoniłam 2 dni temu, że moje dossier musi pójść dzisiaj, a on na to, że proszę mi przesłać jak najszybciej pańskie uzasadnienie napisane odręcznie, bo mail to nie może być. Więc, dlaczego Pana kolega nie poprosił mnie o napisanie tego na miejscu??? Ah, co za organizacja, no nic, muszę mu to przesłać do pół godziny. Więc szybko siadam do biurka w pracy, przepisuję odręcznie wysłanego wcześniej maila, skanuję, wysyłam, dzwonię ponownie!! Dostał Pan? Wszystko już Pan ma? Przypominam, że ja nie mam zaproszenia, nie mam programu, nie mam hotelu i formularz niewypełniony. Pan na to, ze oni wszystkim się zajmą.

Wiec ja troszkę uspokojona, ale też z lekkim niepokojem zastanawiam się, w jaki sposób pan może przygotować to wszystko w 30 min? Ale nie mając czasu dłużej się nad tym zastanawiać wracam do pracy i potem korzystam z weekendu.

W niedzielę wieczór znowu strach, stres, kurczę muszę do nich zadzwonić w poniedziałek z samego rana czy złożyli moje papiery, zaczynam na nowo liczyć dni, zastanawiać się, co jeśli tego nie zrobili? Czy będę miała paszport na czas? Zaczynam na nowo panikować…

W poniedziałek rano dzwonię podenerwowana, z nadzieją, że powiedzą, tak, wszystko złożyliśmy w piątek, tak jak było przewidziane, że mnie uspokoją, ale NIE! No, przecież, że nie, chciałaś zaoszczędzić nerwów, stresu i energii? Nie ma tak łatwo, nie dość, że nici ze spokoju to jeszcze zechcą kuuuuuppppeeeę kasy za tę „pomoc” w dostarczeniu wizy!!!

Więc tym razem już niemiłym głosem mówię, że jak to jest możliwe, że nie tak się umawialiśmy, że przez nich mogę nie mieć mojego paszportu na czas, a on do mnie „ne vous inquietez pas” złożymy podanie po południu, albo rano następnego dnia. Wściekła zastanawiałam się, co zrobić, szukałam na forach czy mogę załatwić wizę w Mongolii, oglądałam strony ambasad, ale informacje były niepewne…

Eh, nie mam wyboru, muszę czekać w niepewności do końca…

W razie, czego, znalazłam wyjście awaryjne!!! Okazało się, że koleżanka koleżanki z pracy będzie jechać do Dubaju 1 marca więc jakby, co weźmie mój paszport ze sobą i da mi go w Dubaju.

Co, jak co, mogłam jednak zająć się ta wizą sama, bo chyba wtedy zaoszczędziłabym stresu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *